Osobiste

Kobiety, które zmieniły moje życie w 20 kg, czyli 2 niesamowite historie.

16 czerwca 2015
11228114_10205225995744272_2349251114736937832_n

Nocleg w ormiańskim klubie striptizowym i zupka chińska na stacji benzynowej, czyli dlaczego dwie kobiety na krańcach świata są mi tak bliskie.

Podróże to nowe miejsca, zabytki zwiedzane po drodze, to podziwiana natura. To też ludzie spotkani po drodze. A może przede wszystkim oni. Pomocni tubylcy, od których uczymy się kultury danego kraju. Również inni podróżnicy, których drogi spotkały się z naszymi. Niektórzy to imprezowicze, inni szukający przygody w buszu i dziczy. Wielu z nich nie pamiętamy a innych mamy w głowie tylko dlatego, że zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcie. Na Facebooku za kilka lat będziemy się zastanawiać „Skąd ja go znam?”. Są jednak osoby, które raz poznane bywają w życiu niezapomniane. Czasem spotkanie z nimi zmienia cały nasz pogląd na świat. Dziś chciałam opowiedzieć Wam o 2 takich osobach: Meline i Laurze i to jak dzięki nim jestem teraz kim jestem.
Meline

Poznałyśmy się w 2011 w Gruzji, obydwie podczas swoich Wolontariatów Europejskich. Meline mieszkała w Tbilisi. W moim centrum wszechświata aka Akhaltsikhe nie było obcokrajowców albo się kamuflowali. Na początku mojego pobytu nie miałam praktycznie żadnych znajomych. W kwietniu pojawiła się Jana (Czeszka), przyjeżdżała raz na tydzień, bo jej organizacja miała tutaj oddział. Co jakiś czas kogoś ze sobą zabierała i pewnego razu była to Francuzka Meline. Pierwszą rzeczą jaką pamiętam było to, że strasznie zaimponowała mi swoją znajomością gruzińskiego po zaledwie 2 miesiącach (później okazało się, że zna jeszcze Niemiecki, Hiszpański i Angielski biegle, komunikatywnie Chiński i Gruziński, no i oczywiście Francuski). Jakoś wtedy nie wydawało mi się, że się zaprzyjaźnimy. Meline wydawała się strasznie poważna i raczej niezabawna. I tu drogi czytelniku, przestroga, nie oceniać ludzi na pierwszy rzut oka, a już szczególnie obcokrajowców, bo kultura i język potrafią zmylić. Gdybym wtedy uległa pierwszemu wrażeniu, to kto wie czy byłabym tu gdzie jestem.

Nie zliczę przygód jakie przeżyłyśmy z Meline:
  • tygodniowa podróż po Armenii, w upale, na niskim budżecie, jadąc na stopa, tułając się po jakiś wioskach
  • nocleg w przyszłym klubie striptizowym i poranna ucieczka w Armenii
  • zgubienie się w gruzińskich górach, nocleg w chatce strażników i barykadowanie drzwi nocą
  • jazda na stopa po całej Gruzji
  • zimowa wyprawa do Kazbegi i błądzenie po szlaku nocą
  • wiele supr z Gruzinami i Ormianami, na których niejednokrotnie musiałyśmy się opędzać od pijanych adoratorów
Po Gruzji, Meline zaczęła studia w Norwegii, skąd pojechała do Indii a później do Afganistanu w ramach pracy magisterskiej.
Martyna Skura, life in 20kg, Gruzja, przyjaźń w podróży

Jedna z nocy spędzonych w Tbilisi . Nigdy się nie nudziłyśmy.

Martyna Skura, life in 20kg, Gruzja, przyjaźń w podróży

Bo w górach są przygody…

Czym zainspirowała mnie Meline?
Swoim własnym przykładem pokazał mi, jak wiele można w życiu robić. Mimo młodego wieku (5 lat młodsza ode mnie) swoim doświadczeniem mogłaby podzielić się z kilkoma osobami.
Będąc przez ostatni rok w Polsce spotkałam wiele ciekawych osób, ale mało takich, których podróże są stylem życia, którzy co roku lub dwa zmieniają miejsce zamieszkania i mieszczą swoje życie w 20 kg, jak Meline i ja. Zauważyłam, że udziela mi się ’stateczny’ sposób myślenia, którego nigdy nie miałam. Podczas ostatniej rozmowy z Meline zaczęłyśmy dzielić się właśnie tymi spostrzeżeniami i przypomniałyśmy sobie, że przecież same kształtujemy swoje życie, że nie musimy ulegać temu „stabilnemu” stylowi życia. Jeśli jesteśmy szczęśliwe w 20 kg, żyjąc na jakiejś wsi czy w środku dżungli to powinnyśmy tak zrobić. I wiemy, że wiele osób i rodzina nas nie zrozumie i może popukają się po głowie. Ale gdybyśmy słuchały się takich osób, to nigdy nie wyjechałybyśmy do Gruzji i nie robiły tych wszystkich niesamowitych rzeczy. Ludzie i tak będą nas oceniać, czy tego chcemy czy nie, ale to my mamy się dobrze czuć z naszym życiem a nie oni. Każdy wybiera swoją ścieżkę, my wybrałyśmy tą rzadziej uczęszczaną.
Laura
Pierwszy raz z Laurą rozmawiałam przez telefon, gdy starałam się o pracę w GVI w Tajlandii. Rozmowa miała być standardowa: opowiedz coś o sobie, swoim doświadczeniu, słabych i mocnych stronach i tego typu standardowe pytania rekrutacyjne. Miała też potrwać 30 min, a skończyło się na 1 godzinie i 45 minutach. Wiem, od innej znajomej, która siedziała przy Laurze tamtego dnia, że po skończonej rozmowie ze mną Laura powiedziała „Znalazłam idealną osobę na to stanowisko”. I tak się zaczęło.
Czasem spotykamy osoby i od razu wiemy, że będziemy razem konie kraść. I tak też było z nami. Pierwszej nocy w Tajlandii przegadałyśmy cały wieczór. Laura okazała się silną i zabawną kobietą, która przez 1,5 miesiąca pracowała z kobietami w Nepalu, pół roku mieszkała w Indiach i rok w Meksyku.
Przez kilka miesięcy pracowałyśmy i mieszkałyśmy razem w Tajlandii. Nie jako jedyne. Był nas cały zespół, jednak z Laurą wspólnie prowadziłyśmy projekty.
Laura to najbardziej pozytywna osoba jaką poznałam. Nawet jak jest przygnębiona to potrafi z tego żartować. Jest bardzo motywująca i inspirująca. Potrafi zadzwonić lub napisać do mnie, bo akurat przeczytała coś ciekawego co uznała, że powinnam wiedzieć.
To też taka osoba, z którą potrafimy śmiać się z rzeczy, których inni nie rozumieją.Pamiętacie moją historię z Tajlandii o tym jak z Laurą siedziałyśmy na stacji benzynowej w ulewie i jadłyśmy zupki chińskie? Tutaj przeczytacie.
Albo anegdota o piciu margarity na dworcu autobusowym w Tajlandii? Jechałyśmy właśnie na weekend do dżungli do Khao Sok i czekałyśmy na autobus. W Tajlandii tylko w pewnych godzinach dnia można kupować alkohol i akurat pech chciał, że musiałyśmy poczekać jeszcze 1 godzinę, aby kupić sobie drinki. Mówiąc drinki mam na myśli napoje alkoholowe Spy (a’la Smirnoff Ice albo Bacardi). Tego dnia też oczywiście lało i było beznadziejnie, ale zamiast zupek chińskich piłyśmy margarity na obskurnym dworcu. Nie pamiętam praktycznie żadnego razu jak leżałyśmy na plaży pod palmami i piłyśmy drinki z palemkami. Wiem, że takie sytuacje były, ale nie utknęły mi w pamięci. Jednak margarity na obskurnym dworcu podczas ulewy – tak, to jest wspomnienie!
Jednym z naszych ulubionych zajęć były zakupy w sklepie papierniczym. Kolorowe długopisy i naklejki, które później naklejałyśmy na wszystkie przedmioty w domu i biurze. Gdy mieszka się z dala od cywilizacji i rozrywek pierwszego świata trzeba sobie znaleźć coś co nas cieszy. Naklejki były czymś takim. I gdy to teraz czytasz możesz uznać nas za dziecinne albo niepoważne, ale takie właśnie było nasze życie w Tajlandii – cieszyliśmy się czym się dało i do tej pory tak jest. Staramy się doceniać najdrobniejsze rzeczy i od razu do siebie o tym piszemy. To tam też prowadziliśmy spis 100 happy days.
Zgadnijcie kto namówił mnie na nurkowanie? Laura to najlepszy dive buddy, z którym można tańczyć pod wodą. Widzicie oczami wyobraźni miny pozostałych nurków, podczas gdy my tańczymy? Ja nie muszę sobie tego wyobrażać, widziałam je na własne oczy. Ale co tam?!
Dlaczego Laura jest taka wyjątkowa?
Dlaczego Laura jest dla mnie tak wyjątkową osobą? Bo zmieniła moje podejście do życia. Pokazała jak nawet z najgorszej życiowej sytuacji można wyciągnąć lekcję. Zaraziła pozytywnym myśleniem. Przekonała, że w życiu i spełnianiu marzeń ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia, bo jeśli czegoś chcemy to nic nie stoi nam na przeszkodzie w osiągnięciu tego. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że będę nurkować. Z moim lękiem przed wodą, głębokością i ciemnością? A teraz planuję już, gdzie i kiedy zrobić kurs dive master, bo rescue diver zaplanowałam już na sierpień w Tajlandii.
Ilekroć przechodzę przez trudny okres w moim życiu, mam doła dzwonię do niej. Nikt nie poprawia mi nastroju tak jak ona. Nawet jeśli sama nie jest w najlepszym humorze to w trakcie naszej rozmowy (nigdy krótszej niż 2 godziny) potrafimy tak obrócić temat, że zaczynamy się z tego wszystkiego śmiać albo przypominamy sobie podobnie ciężką sytuacje z Tajlandii i co wtedy zrobiłyśmy.
Martyna Skura, life in 20kg, Tajlandia, przyjaźń w podróży

Zorganizowany przeze mnie dla Laury snorkel test , czyli gry i wyzwania dla nowo upieczonego dive mastera.

Martyna Skura, lifein20kg, Tajlandia, nurkowanie, przyjaźń w podróży

Podwodne tańce podczas nurkowania. Tylko z Laurą mogę takie rzeczy robić.

Ale co dalej?
Spotykamy takie osoby na krańcach świata, dzielimy się z nimi naszym życiem i często nigdy więcej ich nie widzimy. Jednak, jeśli nam zależy to znajdziemy sposób, a jeśli nie to znajdziemy wymówkę.
Po 3 latach udało nam się spotkać z Meline. Przyjechała mnie odwiedzić podczas wakacji 2014 roku, gdy akurat wróciłam z Tajlandii. Przez 4 dni nieustannie rozmawiałyśmy, jeździłyśmy na rowerach czy zwiedzałyśmy Trójmiasto. Było tak jakbyśmy nie widziały się tylko kilka dni a nie 3 lata. Rozmowom nie było końca: o planach, o marzeniach, o tym jak będziemy je spełniać.
Jakiś czas temu, czatowałyśmy z Laurą na Facebook’u. To był piątek. Wspomniałam jej, że lecę do Londynu na weekend i spotkam się z naszymi wspólnymi znajomymi. Na co dostałam wiadomość „To może ja też do Was dołączę?”.
  • Poważnie? Będziesz lecieć z Bostonu na weekend do Londynu? Albo…. przyjedź do Polski pod koniec maja, nie pracuję wtedy, będziemy miały wtedy dużo czasu i wszystko Ci pokażę.
  • Super! Ok, poczekajmy jeszcze jeden dzień, bo ten pomysł ma dopiero 5 min. I dam Ci jutro znać.
Następnego dnia zasypałam Laurę zdjęciami miejsc, które byśmy zobaczyły, jedzenia, które byśmy zjadły i rzeczy, które byśmy robiły.
W niedzielę popołudniu dostaję wiadomość „tickets booked”. OMG! Dosłownie zaczęłam skakać z radości. Zadzwoniłam do Laury, żeby się upewnić. „yep! kupiłam już bilety”. Moi dziadkowie i rodzice, którzy akurat to widzieli nie mogli pojąć dlaczego aż tak się cieszę, tańczę i skaczę z radości.
Tydzień z Laurą w Polsce był jednym z najlepszych w ciągu ostatniego roku w ojczyźnie. Przez tydzień przemierzyłyśmy Polskę od Warszawy przez Kraków i Trójmiasto. Szaleństwom i przygodom nie było końca. Ale to nie imprezy, nocna jazda busem do Krakowa, przyjaciele spotkani po drodze były najważniejsze. Rozmowy! Ta nić porozumienia między nami nigdy nie zanikła. Wspólne doświadczenia łączą, miesiące spędzone w tajskiej wiosce rybackiej były dla nas bardziej wiążące niż lata znajomości z innymi ludźmi. Laura ma cudowną cechę widzenia większego obrazu, analizowania sytuacji obiektywnie. Mimo, że tak daleko od siebie mieszkamy to u siebie nawzajem szukamy porad i wsparcia w prowadzeniu naszych niekonwencjonalnych stylów życia. Zobaczymy się znów za rok, w jakimś miejscu na świecie – takimi słowami pożegnałyśmy się na lotnisku. I wiecie, co jest w tym cudowne? Że to nie brzmi jak czcze gadanie! To się zdarzy!
Martyna Skura. life in 20kg, Polska, Tajlandia, przyjaźń w podróży

Śniadanie mistrzów, czyli zapiekanki na krakowskim rynku po całonocnej jeździe busem z Warszawy do Krakowa.

Będąc w podróży czy mieszkając za granicą powoli traci się kontakt z osobami z własnego kraju. Relacje się rozluźniają, zacierają, nie ma wspólnych pasji, zainteresowań i tematów do rozmów. Bo gdyby były to przecież podróżowalibyście razem. Z czasem okazuje się, że po powrocie (lub odwiedzinach w Polsce) nie ma się z kim spotkać, porozmawiać. Albo nawet jeśli to rozmowy bywają jałowe, polegają na wymianie informacji „Co u Ciebie? Jak był?”. Z czasem okazuje się, że ludzie, którzy nas najlepiej rozumieją są rozsiani po całym świecie. Spotykamy ich raz na ruski rok, ale te spotkania są bezcenne.
Życzę Wam takich znajomości i przyjaźni z podróży.

You Might Also Like

2 Comments

  • Reply Kasia 16 czerwca 2015 at 20:58

    barwne zycie masz, bedziesz miala o czym dzieciom opowiadac xD pozazdrosc takich oddanych osob

  • Reply Czym jest odwaga 30 czerwca 2015 at 19:00

    […] ostatnio długo z Laura (tutaj więcej o tym kim jest Laura i jak zmieniła moje życie) na temat takie stylu życia jaki […]

  • Leave a Reply