Malediwy Osobiste

Na szczęście tak niewiele trzeba…

16 listopada 2018

Zamknęłam oczy, aby uspokoić kipiące w mojej głowie myśli. Wracać, nie wracać? Pytania, na które nie umiałam odpowiedzieć. Poczułam zapach oceanu i jego bryzę na mojej twarzy. Szum fal zagłuszał odgłosy dochodzące z wyspy. Otwierając oczy ukazywały się przede mną lśniące punkty na niebie, Droga Mleczna, którą pamiętałam z wakacji u babci na wsi. Ten widok zainspirował mnie do napisania dla Was tego postu.

Pamiętacie, gdy w ostatnim poście pisałam, że czeka mnie tutaj dużo pracy nad sobą i przede wszystkim docenianie drobnych rzeczy, małych szczęść?

Życie na tyciej rajskiej wyspie jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Dla jednych to raj, dla innych to męka a la jeszcze innych styl życia. Najważniejsze jest, aby cieszyć się życiem codziennym. Nie będzie ono bogate w przygody. Nie będziemy każdego dnia gonić łodzią rekina wielorybiego ani odkrywać nowych gatunków ryb. Codziennie będzie codzienność. Trzeba jednak nauczyć się ją odkrywać na nowa, cieszyć się nią i każdego dnia widzieć w niej coś niezwykłego. Pamiętacie #100happydays? Pisałam o tym dwa wpisy tutaj i tutaj. Będąc w Tajlandii w 2014 postanowiłam sobie, że każdego dnia będę dostrzegać coś niezwykłego, cieszyć się małymi szczęściami. Nie udało mi się wtedy dokończyć tych 100 dni, ale nie znaczy to, że codziennie nie spotykało mnie coś radosnego.

Tutaj na Malediwach życie toczy się wolno, gdy dniami i tygodniami leje deszcz i nie wychodzimy w morze lub gwałtownie, gdy codziennie nurkuję i mam kursantów. Praca jest pracą jak gdziekolwiek indziej. Daje dużo radości i satysfakcji. Nie biję się codziennie rano z myślami „Czy ja naprawdę potrzebuję tej pracy?” Jednak co po za pracą?

Mój telefon niedawno się updatował. Teraz raz na tydzień dostaje raport, ile średnio czasu spędzam przed ekranem telefonu. W zeszłym tygodniu wyskoczyło 4,5 godziny! Cztery i pół godziny! Przeraziłam się. Tak dużo? Mogę to sobie tłumaczyć nauką rosyjskiego przez aplikacje mobilne, kontaktem z rodziną przez WhatsAppa czy sezonem deszczowym i niezbyt napiętym grafikiem w pracy. Może dla części z Was, pracujących na telefonach to niewiele, ale ja złapałam się za głowę. Postanowiłam sobie, że nie będę zabierać telefonu ze sobą poza pracę i granice mojego pokoju. Gdy wychodzę wieczorami i zamykam za sobą drzwi akademika, razem z ich trzaskiem zostaje mój telefon. On rozprasza nas od tych małych szczęść, nie pozwala smakować chwili i doceniać tego co nas otacza. To tak jakbyśmy jedną nogą byli tu i teraz a drugą, gdzieś w nieokreślonym miejscu, pełnym informacji i zdarzeń, które nas teraz nie dotyczą. Gdy zostawi się telefon w swoim pokoju, wyjdzie nawet w ten mały wyspiarski świat, który ponoć nie ma za wiele do zaoferowania, można dostrzec te wszystkie drobiazgi, małe radości, momenty, chwile i ułamki sekund, które sprawiają, że nasze życie jest jakby bardziej kolorowe. Co cieszy?

  • Jedzenie cieszy!

Droga do mojego serca nie jest skomplikowana. Ponoć jest męska, bo prowadzi przez żołądek. Lata w podróży i miliony smaków, których doświadczyły moje kubeczki smakowe nauczyły mnie cieszyć się jedzeniem. Do polskiego, domowego jedzenia mojej babci zawsze będę wracała z sentymentem i żadne jedzenie świata nie zastąpi tamtych smaków.

Poniedziałek jest moim ulubionym dniem tygodnia, wtedy na kolacje jest azjatycka zupa „zrób to sam”, do której możesz włożyć ulubione składniki wystawione w bufecie. Przypomina mi mój rok mieszkania w Chinach i ulicznego jedzenia. Ilość oleju sezamowego jaką dodaje do moich ryżowych noodli jest nieprzyzwoita. Nikt mi jednak nie odbierze tej radości.

Cieszy, gdy znajomy stażysta z kuchni wysyła Ci SMS „Mam coś dla Ciebie” i już się jarasz jak gwizdek na samą myśl, ale jeszcze nie wiesz czy będzie to kawałek pizzy, fikuśny deser, korzeń imbiru, który zawsze dodajesz do herbaty czy boczek, który usmażysz z koleżanką w swoim malutkim pokoiku w czajniku elektrycznym.

Cieszą jajka po benedyktyńsku na kolację. Ugotowane wspólnie ze znajomymi, przy dźwięku muzyki, która przywołuje wspomnienia z wieku nastoletniego.

  • Cieszy natura!

Wieczorne spacery na pomost, na którym są najlepsze widoki zachodu słońca, od żółtego, pomarańczowego i czerwonego nieba aż do fioletu i purpury.

Przesiadywanie tam i wspólne oglądanie gwiazd. Kiedy ostatni raz zatrzymaliście się i oglądaliście gwiazdy? Kiedy ostatni raz widzieliście Drogę Mleczną? Pamiętam ją z dzieciństwa, gdy na wsi u babci i dziadka siedzieliśmy w ogrodzie i patrzyliśmy na nieboskłon. Takie siedzenie po ciemku sprzyja refleksji i otwartości. To wtedy coraz lepiej poznajemy się z Joan (moją współlokatorką i koleżanką z pracy). Bez patrzenia sobie w oczy, bez oceniania, tak po ludzku, po prostu.

Wycieczka łodzią po za wyspę, gdy możesz usiąść na sundecku i poczuć bryzę oceanu na twarzy. Widzisz niezmierzony ocean, malutkie wysepki na około Ciebie. I kolejny raz zdajesz sobie sprawę z tego, gdzie jesteś, na środku Oceanu Indyjskiego, w regionie powstałym przez erupcję wulkanów, dzięki czemu mamy jedną z najpiękniejszych raf koralowych na świecie.

Cieszy, gdy przypadkowo musisz przetestować nowy sprzęt lub wycieczkę. Gdy kapitan mówi do Ciebie:” Weź kamizelkę ratunkową i chodź ze mną na łódź. Będziemy testować nowy spadochron”. Aż się kurzy za Tobą, gdy biegniesz na przystań, aby spróbować parasalingu.

Gdy widzisz ważkę, na twarzy pojawia się uśmiech od ucha do ucha, bo one tutaj symbolizują zmianę sezonu. Zatem zamiast lać każdego dnia będzie teraz świecić słońce. Dni z depresyjnych staną się pogodne i będą zachęcać do aktywności fizycznej.

  • Cieszą inni ludzie!

Gdy Japońska kursantka po zakończeniu szkolenia daje Ci mały prezent w postaci batoników Kit Kat o smaku Sake. Sake!? Próbowaliście kiedyś? Warto!

Pękasz ze śmiechu pod wodą, gdy widzisz swojego kursanta, którego próbujesz nauczyć pływać tyłem a on zamiast przemieszczać się w jednym kierunku robi coś co przypomina fikołki do przodu. Patrzysz na niego, maska Ci się zalewa, bo między maską a twarz zrobiła się poważna szczelina od uśmiechania się a w tym samym momencie on też ma zalaną maskę, bo od tego pęka ze śmiechu.

Cieszy, gdy goście zaproszą Cię na kolację i raz na jakiś czas możesz się wystroić w sukienkę, która odsłania ramiona i kolana. Te części Twojego ciała nie widziały słońca od kiedy przyjechałaś na konserwatywne, muzułmańskie, Malediwy. Czujesz się wyjątkowo, gdy dania serwuje Ci kelner i dokładnie wiesz, które z nich jest warte uwagi a które lepiej sobie podarować. Wiesz, bo znajomy z kuchni Ci powiedział.

Cieszy, gdy rano przychodząc do kuchni odbierając przekąski dla gości na wycieczkę, dostajesz od kucharza skitrane croissanty, tylko dla Ciebie.

  • Poziom cywilizacji cieszy!

Gdy okazuje się, że wysłane przez Ciebie pocztówki dochodzą do odbiorców. Twoja schorowana babcia jeszcze zanim odeszła mogła zobaczyć widokówkę z Fidżi i Malediwów. Gdy wysłana do Ciebie paczka przychodzi po kilku tygodniach, zaliczając po drodze wyspy Fidżi, bo przecież byłaś tam 3 miesiące temu. A w przesyłce okulary przeciwsłoneczne i wiesz już, że kurze łapki pokażą Ci się trochę później, bo nie musisz już marszczyć oczu.

Cieszy niepewność i wyczekiwanie. Kiedy ostatni raz czekaliście na jakiś film lub odcinek ulubionego serialu? Wystarczy go ściągnąć z Internetu i bach, w kilka godzin mamy cały sezon, który można obejrzeć w jeden dzień. Gdzie te czasy, gdy tydzień trzeba było czekać na ulubiony odcinek? W naszej małej malediwskiej grupce kinomaniaków mamy 2 zasady: przestrzegamy kolejności, czyje filmy oglądamy oraz że gdy już zaczniemy oglądać to nie możemy przestać, trzeba obejrzeć do końca. Każdy z nas ma swoją kategorię. Gdy jest moja kolej oglądamy głupie filmy psedunurkowe. To filmy, których żadne z nas by nigdy nie obejrzało, bo są po prostu nierealistyczne i głupie. Co innego w grupie znajomych, którzy też nurkują i siedzą w temacie. Wiecie, ile bzdur naliczyliśmy w „47m down” o nurkowaniu z żarłaczami białymi w Meksyku? Nie mówiąc już o takim Oskarowym dziele jak „Sharknado”. Anyl wybiera poważne filmy. Na koreańskim filmie o ostatniej księżniczce tego kraju, którą podstępem wywieziono do Japonii przed wojną i nie mogła wrócić do swojej ojczyzny przez dekady, każdy z nas płakał. Czy kiedykolwiek w życiu wybrałabym taki film? Albo w ogóle wiedziałabym o jego istnieniu? Filmy Joan są romantycznymi komediami, ale nietypowymi, bo niecodziennie oglądamy musical, o zmutowanym Toxim, który jest nowym Avengersem i z New Jersey walczy z zanieczyszczeniami na świecie. Za to Azym wybierze tak pokręcony film, że nie wiesz czy to się zdarzyło naprawdę, czy się śmiać czy płakać i jak ktoś w ogóle wpadł na pomysł nakręcenia takiego filmu. Każdy seans jest rytuałem: każdy z nas ma swój fotel w świetlicy, przynosimy chińskie przekąski jak słodko-słone krakersy lub suszone wodorosty, obowiązkowo miskę wypełnioną marchewkami do podgrywania podczas.

Ta lista jest dużo dłuższa i mogłabym tak pisać i pisać. Jednak nie w tym cel. Chciałam Wam tylko pokazać, że nawet codzienne życie nie musi być monotonne, zatopione w ekranie telefonu. Nie ważne czy jesteśmy w Polsce czy na krańcu świata, sami czy otoczeni ludźmi, w miejskiej dżungli czy otoczeni prawdziwymi lasami tropikalnymi. Zawsze możemy dostrzec coś radosnego każdego dnia. Tego nauczyła mnie babcia, której już nigdy tego nie powiem. Zatem życzę Wam dużo radości w codzienności a ja uciekam oglądać gwiazdy na mojej Malediwskiej wyspie, bo jednak zostałam.

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply