Osobiste

Tyle samo lądowań co startów

17 listopada 2019

Wszystko działo się bardzo szybko. Szum wiatru zniekształcał głos. Zimne powietrze wleciało w mój kaptur i postawiło mnie do i wszystkie małe włoski na moim ciele do pionu. Patrzyłam się na twarz młodego chłopaka i nie rozumiałam co do mnie mówił. Wyciągnął ręce i usłyszałam brzęk metalowych sprzączek.
– To się zakłada jak plecak – zabrzmiało znajomo. To samo mówię moim kursantom nurkowym zanim wejdziemy do wody.
Poczułam ściągnięte pasy na udach. Na ogół przygarbione plecy wyprostowały się.
– Wszystko gotowe – wytrzeszczał głos z krótkofalówki.
Poczułam klepnięcia po ramieniu. Obróciłam się i wszyscy czekali tylko na mnie.
– To już? – zdziwiona powiedziałam do siebie. Nikt by mnie w tym wietrze nie usłyszał.
– Proszę wsiadać. Złapać się rękami po bokach.
Nogi niepewnie stawały na metalowym podłożu. Nerwowo szukałam potwierdzenia, że wszystko jest naprawdę gotowe i na pewno nic mi się nie stanie. Tak to już mają ludzie z fobiami. Analizują wszystkie czarne scenariusze. A ja właśnie próbowałam walczyć z jednym z moich leków. Przypomniałam sobie to uczucie niepewności z przed 6 lat, gdy pierwszy raz stałam na krawędzi łódki i w pełnym akwalungu miałam wskoczyć do wody. Zajęło mi to 10 minut. Tym razem spięłam pośladki:
– Oni na pewno wiedzą co robią. – przyznałam przed sobą, gdy już siedziałam w klaustrofobicznej puszcze. No tak, przecież klaustrofobię też mam…
– Co się będzie teraz działo? – zapytałam mężczyznę za sobą, który odpowiadał za moje życie.
– Startujemy! – zaśmiał się. Przynajmniej komuś jest tu do śmiechu.
W mgnieniu oka zaczęłam podskakiwać. Horyzont raz się podnosił a raz upadał, aż w pewnym momencie zaczął się obniżać a ja przestałam podskakiwać. Znałam to uczucie, najpierw przyciśnięcie całego ciała do siedzenia. Później chwilowa nieważkość. Tyle razu już to czułam, gdy kolejny raz zmieniałam kierunek życia. Tym razem widziałam wszystko przed oczami, nie z wykręconą szyją do okna. Horyzont przecinany jeszcze lekko żółtymi i brązowymi drzewami, przemieszczał się przed moimi oczami. Wciśnięta w metalowej puszce, unosiłam się nad drzewami, lasami, łąkami. Słońce, które nie zaszczyciło mnie swoją obecnością tego dnia, postanowiło wyjść zza chmur. Jego promienie odbijały się od tafli jeziora. Początkowe trzęsienie ustało, gdy tylko samolot przed nami odczepił linę. Poczułam jakbym wpływała w powietrze, ślizgała się po nim i wpadała w korytarze.
– Jesteśmy 350 m nad ziemią – przyjemny i uprzejmy głos odezwał się za mną.
Gdybym mogła wychyliłabym się za okno, a tymczasem po prostu się do niego przykleiłam próbując dostrzec tę odległość. Gdy 5 lat temu po raz pierwszy wskakiwałam do wody, 12 metrów głębokości było dla mnie otchłanią. 10 minut wcześniej 350 metrów wysokości brzmiało jak przepaść. Ciekawe jak doświadczenie zmienia perspektywę. Chciałam się obrócić, zobaczyć wszystko na około mnie i pode mną. Nacieszyć się tymi kilkoma, niezapomnianymi minutami. Z perspektywy pasażerki samolotu rejsowego, do tej pory widziałam skrawek świata z zza małego okna. Teraz świat mnie otaczał. Rozpościerał się wszędzie na około mnie.
Znajome uczucie ścisku w uszach zwiastowało szybki koniec. Pas zieleni łąk, na których 15 minut temu młody amator lotnictwa zakładał na mnie spadochron, rósł w oczach. Horyzont zbliżał się szybciej niż jeszcze chwilę temu się oddalał. Grawitacja zrobiła swoje i dała o sobie znać w chwile zetknięcia z ziemią.
– To już? – pomyślałam, tym razem ze smutku a nie stresu.
– Tak jak obiecałam: tyle samo lądowań co startów – roześmiał się głos za mną.
Wiele z Was pisze do mnie, że ich marzeniem byłoby zanurkować, ale jednak się boicie. Nigdy nie latałam szybowcem, ale ilekroć widziałam je na niebie, zazdrościłam pasażerom. Kojarzyło mi się to z wolnością, taką samą jaką daje nurkowanie. Lot szybowcem siedział, gdzieś w zakamarkach mojej głowy jako niewypowiedziane marzenie. Wiele lat temu utknęłam w połowie Wieży Eiffla, bo nagle zdałam sobie sprawę z tego jak wysoko się znajdowałam. Gdy zjeżdżałam z największej ślizgawki w Londynie, we wiosce olimpijskiej, zeszłam z niej roztrzęsiona. Ale oto, ja, z dziecinnym lękiem wysokości, wsiadłam do szybowca i poleciałam nad Mierzeją Wiślaną, bo tak sobie postanowiłam, bo takie było moje skryte marzenie. Poczułam się tak jak kilka lat temu, gdy jednak wskoczyłam do tego morza i gdy tylko zobaczyłam rafę pode mną, wiedziałam, co będę w życiu robić. Piszecie do mnie, że moje historie i podróże są dla Was inspiracją, że też chcielibyście spełniać swoje marzenia. Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. To zależy tylko od Was. Ja się odważyłam. A Wy?

Lot możliwy był dzięki Prezentmarzeń oraz Aeroklubowi w Elblągu, który zadbał o moje bezpieczeństwo. Ja już wiem, że było warto. Gdy tata dowiedział się, że zdecydowałam się na spełnienie tego niewypowiedzianego marzenia, usłyszałam:
– Kiedyś jako dziecko widziałem, jak startuje szybowiec i zawsze chciałam zobaczyć, jak to jest.
W tym roku nie miałam problemu z wyborem prezentu świątecznego dla rodziców. Właśnie dostali od nas przedwczesny prezent pod choinkę. Wiosną usłyszę ich wrażenia z lotu ptaka.

84fa53ec-a67c-4a34-a3b5-ec58d14f0b40

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.