Nurkowanie Osobiste

Życie jest za piękne, aby żyć normalnie

18 stycznia 2017
15697600_10209480836392629_5112821833227156188_n

Od początku października, gdy przyjechałam do Azji południowo-wschodniej aż do tego momentu mieszkałam i spałam w 30 miejscach, hotelach, hostelach, domach i pokojach. 30 razy rozpakowywałam się i pakowałam. Z czasem przestałam wyjmować większość zawartości mojego plecaka. Po takim czasie wszystkie rzeczy ułożone są warstwami: na spodzie te najmniej używane (np. jeansy w których przyleciałam i ani razu ich w Azji nie założyłam) aż po te używane najcześciej, czyli kosmetyki i bielizna. 30 razy wykładałem część kosmetyków z kosmetyczki i stawiałam je na umywalce lub półce przy lustrze. Czasami w ogóle ich nie wyjmowałam, jak w hostelu w Kuala Lumpur, gdzie wszystko trzymałam pod łóżkiem. Spałam w 30 rożnych łóżkach: piętrowych w hostelu, wielkich małżeńskich w pokojach airbnb, drewnianych, metalowych, bambusowych.

Przez ponad 3 miesiące nosiłam te same ubrania. Kilka koszulek, 1 koszula z długim rękawem do samolotu lub podróży klimatyzowanym autobusem lub vanem, 2 pary szortów, 2 pary Elephant pants, 1 para legginsów, 1 sukienka, żadnej spódnicy, 2 stroje kąpielowe. Część z rzeczy, które ze sobą zabrałam z Polski wyrzuciłam. Znosiły się, podarły, spłowiały. Co się dziwić: nosiłam je praktycznie cały czas, płowieją na słońcu, często były prane i to też je niszczyło. Gdzieś w którymś z hoteli zostawiłam moje ubrania sportowe. Były wszystkie w jednym worku strunowym: 2 pary szortów i 2 koszulki do treningów, biegania i jogi. Wpadły pod łóżko, nie zauważyłam, spieszyłam się. Przepadły.

Od października nie regulowałam mojej diety. Odżywiałam się lokalnym jedzeniem, z dużą ilością cukru, soli i tłuszczu. Posiłki były nieregularne, bo nigdy nie wiedziałam kiedy będzie czas coś zjeść, czy transport przyjedzie na czas czy może utkniemy gdzieś na kilka godzin bez możliwości posiłku. A wierzcie mi kocham gotować i potwierdzi to cała moja rodzina, przyjaciele i znajomi. Dopiero niedawno podczas pobyt w Ubud na Bali mogłam w końcu ugotować posiłek w mieszkaniu Laury. Ona nie umie gotować, wiec ja przez kilka dni serwowałam jej lunche i kolacje.

Przestałam regularnie wrzuca zdjęcia na Instagram, Facebooka, bloga, nie nagrywałam regularnie snapów.

Od momentu powrotu z Tajlandii w czerwcu 2014 moje życie to nieustanna podróż. Albo raczej podróże, bo było ich wiele: święta i Sylwester 2014/2015 Maroko, marzec/kwiecień 2015 African Road Trip, czerwiec/sierpień 2015 praca w Tajlandii, wrzesień/październik 2015 kurs Dive Master w Dahab w Egipcie, marzeń/maj 2016 Azja Południowo-Wschodnia, czerwiec/sierpień praca w Tanzanii, Kilimanjaro i Zanzibar, październik 2016/styczeń 2017 Azja Południowo-Wschodnia. Gdzieś tam w międzyczasie kilka wypadów do Londynu do przyjaciół, po Polsce do rodziny. W międzyczasie podczas pobytu w Polsce liczne spotkania ze znajomymi, przyjaciółmi, rodziną.  Nadrabianie zaległości w pracy i na blogu. Napięty grafik, aby wszystko wcisnąć, nic i nikogo nie pominąć. Życie, które można sobie wymarzyłam. Tyle podróży, wspaniałych ludzi spotkanych po drodze, odwiedzonych miejsc, przygód. Tyle razy się śmiałam do łez i bólu brzucha, innymi razy płakałam w poduszkę i chciałam, aby to wszystko sie skończyło. Po drodze spotkałam niesamowitych ludzi jak Kati, Swiff, Lodrick, z którymi pracowałam w tym roku w Tanzanii. Pewien tajny agent rzadu tanzańskiego, który zajmuje się rozpracowywaniem gangów kłusowników (o tym też jeszcze przeczytacie). Ashish znajmy z Malezji, z którym wkładaliśmy się na basen wieżowca o 2 nad ranem, aby popływać. W ciagu Afican Road Trip przeżyłam rzeczy, o których mi się nie śniło, spałam pod rogatkami granicy, kąpałam się w różowym jeziorze, jechałam na dachu samochodu po ziemi niczyjej usianej minami przeciwpiechotnych. O tym jak nielegalnie przekraczałam granice w Kambodży czytaliście ostatnio. O tym jak wymiotowałam dalej niż widziałam podczas wejścia na Kilimanjaro dowiedzieliście się kilka postów wcześniej. Z tych historii powstanie kiedyś książka. W zasadzie już się tworzy. W końcu zjadłam też węża, który był na mojej bucket list od lat. Przy okazji również krokodyla.

2 lata w podróży z plecakiem. Przemierzania drogi głównie w pojedynkę. Nie wiem ile kilometrów przemierzyłam i w ilu miejscach spałam (edit: policzyłam i wyszło ponad 89, które pamietam). Nowy paszport po 5 latach, bo w starym nie było już miejsca na pieczątki. Zniżki na bookingu i innych portalach, rożnych liniach lotniczych za ilość rezerwacji, wykupionych biletów i przelecianych mil. W ciągu tych lat odpowiedzialna tyle miejsc i doświadczyłam tylu rzeczy, że mogłabym to podzielić na kilka osób. Nie arogancja przeze mnie przemawia. Mimo, że od lat przekonuję wszystkich, że każdy może podróżować, wiem że taki model podróży i stylu życia jaki jawybrałam nie jest dla każdego. Czasami zastanawiam się czy jest dobry dla mnie.

Podróż nie zawsze jest piękna ani wygodna. Czasami boli a nawet łamie serce. Ale to dobrze, podróż Cię zmienia, powinna Cię zmienić. Zostawia ślady w Twojej pamięci, świadomości, w sercu i na ciele.

15697435_10209480833832565_7214796003131582805_n

Odwiedzajac Polskę mam poczucie, że to już nie jest mój dom. To nie kraj, w którym będę mieszkać. Przynajmniej nie teraz i nie w najbliższej przyszłości. Odwiedzam tylko rodziców i przyjaciół. Śpię w moim starym pokoju. Podczas tych wszystkich lat odwiedziłam ponad 40 krajów, mieszkałam ponad rok w 3 z nich. Nigdy nie zostałam na stałe, mimo wielkiej sympatii do ludzi i miejsc, czułam że to jeszcze nie to miejsce. Nawet teraz, gdy słyszę pytanie „Gdzie byś chciała mieszkać?” Nie wiem co odpowiedzieć.

Jakiś czas temu zadałam sobie pytanie: „Kiedy ostatni raz byłaś naprawdę szczęśliwa?”. Przeczesałam wszystkie wspomnienia, podróże, zdarzenia z ostatnich kilku lat. I Znalazłam odpowiedź: Egipt oraz Tajlandia, gdy mieszkałam w małej rybackiej wiosce. Zapytałam siebie: „Dlaczego w tych miejscach byłam szczęśliwa?”. Mieszkałam na morzem, w którym odnajduję spokój. Wychowałam się w Trójmieście i morze zawsze było wielką częścią mojego życia. Dlaczego jeszcze? W Egipcie codziennie nurkowałam, a nawet najgorszy dzień nurkowania jest lepszy niż najlepszy dzień w pracy. W Tajlandii miałam swoje miejsce na ziemi, dom, kuchnię, wspaniałych znajomych i ludzi, z którymi pracowałam i mieszkałam. Praca była satysfakcjonująca, miała znaczenie i była pełna wyzwań. Miałam swoje rytuały, poranne treningi kravmagi i biegania, społeczność, w której żyłam. Mimo, że pani ze sklepu na przeciwko świątyni nie mówiła wiele po angielsku, to znała już moje przyzwyczajenia i wiedziała po co przychodzę. Za tym właśnie tęskniłam.

Ponieważ zawsze biorę sprawy w swoje ręce, uczę się na swoich błędach i sama kreuję swoją przyszłość, spełniam marzenia i cele, tym razem też tak postanowiłam. Zdecydowałam się, gdzieś zatrzymać. Na dłużej. Na conajmniej pół roku a może i dłużej. W głowie kłębi się pomysł na conajmniej rok. W jednym miejscu, konkretnym kraju i mieście. Nie regionie świata jak Azja Południowo-Wschodnia, gdzie co kilka dni zmieniam hotel. Tym razem będzie mieszkanie, będzie również kuchnia, w której będę w końcu mogła gotować i kontrolować moje żywienie. Będzie pewnie i stół z Ikei chociaż nie ja go kupię. Będzie miejsce na poranne treningi, pływanie, jogę aby utrzymać rutynę. Będzie też a może przede wszystkim moje wielka pasja – nurkowanie.

Taki scenariusz sobie napisałam przez ostatnie kilka miesięcy. Długo to zajęło. Tygodnie poszukiwań, pisania maili, szukania w internecie, negatywnych odpowiedzi, załamywania rąk, liczenia budżetu. Rozmowy na Skypie z kilkugodzinnymi różnicami czasowymi, wysłanie podań przez telefon siedząc w busie z granicy tajsko-kmerskiej, wkradanie się na teren kawiarni o północy, bo tam było dobre wifi na rozmowę na Skypie. Pojawiły się 2 opcje: Malta i Wietnam. Obydwie klapnięte. Ale ja czekałam jeszcze na tę najważniejszą, na tę, na której najbardzej mi zależało. Nie odzywali się przez miesiąc, wiec pakując się do Azji spakowałam się jakbym miała zostać na pół roku i w styczniu przeprowadzić się do Wietnamu, na jakąś małą wyspę. I w końcu usłyszałam po 5 minutach rozmowy kwalifikacyjnej: „Nie powinienem tego mówić od razu i nigdy tego nie robię, ale masz to, bez wątpienia masz to i możesz już kupować bilet”. Doświadczenie ze sceny się przydało, bo musiałam powstrzymywać się od płaczu ze wzruszenia jeszcze przez 1,5 godziny rozmowy. Kupienie biletu było 100% potwierdzeniem mojej akceptacji warunków. Odbywało się to online z moim rodzicami w Polsce, bo moja polska karta SIM przestała działać w Malezji. potrzebowałam kodu z banku wysłanego SMSem, aby potwierdzić przelew. Tata wyrobił duplikat, byliśmy na łączach, ja robiłam przelew, on dostał smsa a ja wpisałam kod banku siedząc przed kompem w hostelu w Kuala Lumpur. I nagle wszystko stało się rzeczywistością i faktem. O szczegółach jeszcze przeczytacie.

Czy to stabilizacja? W pewnym stopniu tak. Czy przestane podróżować? Napewno nie! Czy kupie stół z Ikei. Jeszcze nie teraz.

Chciałabym, aby każdy z Was, kto czyta ten post zadał sobie te samo pytanie co ja:”Kiedy i dlaczego ostatni raz byłam szczęśliwa?”. Czy jest coś co mogę zrobić, aby znów być szczęśliwą. I po prostu to zrobić! Szczęście nie jedno ma imię. Dla niektórych to podróże, dla innych sport, rodzina, domek na wsi, pies, klejenie modeli, zjazdy fanów Gwiezdnych Wojen. Szczęście nie jest nam dane, to my je kreujemy naszą ciężką pracą, bo w życiu nie ma nic za darmo. Zatem „Do pracy rodacy!”. Ja wsiadam do samolotu.

A gdzie jadę? W słowach tej piosenki jest odpowiedź:

You Might Also Like

8 Comments

  • Reply Ania z Kwidzyna 18 stycznia 2017 at 20:38

    Kocham cię Martyna!!!!

    • Reply life in 20 kg 22 stycznia 2017 at 12:33

      Dzięki Ania 🙂 super, że śledzisz moje poczynania 🙂

  • Reply Ewa | Rusz w Podróż 18 stycznia 2017 at 21:10

    Gratuluję! Bo marzenia trzeba spełniać. Nie tylko te o podróży i wyzwaniach, ale również te o „własnym” kącie i rutynie.
    Ja czasem sobie myślę, że przegapiłam ten moment na „podróż i wyzwania”. Nie że nie podróżuję, bo podróżuję sporo. I wyzwań też jest sporo. Ale myślę sobie, że chciałabym na jakiś czas rzucić wygodne mieszkanie, etat, etc. Tylko przegapiłam moment. Bo wzięłam durny kredyt mieszkaniowy, więc nie mogłam rzucić pracę. A teraz mam za dobrą pracę i za dobrze mi się mieszka w Szwajcarii, żeby je rzucać 😉 Ale może kiedyś, za kilkanaście lat. A póki co będę wyruszać na przygody kilka razy w roku. Może kiedyś razem zanurkujemy 🙂

    • Reply life in 20 kg 22 stycznia 2017 at 12:35

      Każdy z nas wybiera ścieżkę dobra dla siebie 🙂 nie musisz rzucić korpo i suszyć w świat aby buc szczęśliwą i podróżować. Szwajcaria brzmi super. Śledzę Twojego bloga i FB i jest czego zazdrościć 🙂 na wspólne nurki zawsze jestem chętna 🙂

  • Reply Blue Pearl 20 stycznia 2017 at 12:59

    Meksyk? 🙂 Cała Twoja historia jest bardzo inspirująca, trzeba mieć odwagę by tak żyć. Żyć po swojemu! Po trochu zazdroszczę, po trochu podziwiam! 🙂 Życzę powodzenia i pozdrawiam (również) z Trójmiasta!

    • Reply life in 20 kg 22 stycznia 2017 at 12:45

      Dziękuje 🙂 cieszę się za każdym razem gdy słyszę od czytelników ze ich inspiruje.

  • Reply Dariusz 25 stycznia 2017 at 09:48

    Jesteś inspirującą osobą. To ogromnie ważne, aby nie bać się zmian i robić to, co się kocha 🙂

  • Leave a Reply