Fidżi

Koralowe ciasteczka z Fidżi

11 września 2018

Kiedyś wydawało mi się, że Australia to koniec świata, że dalej nie da się już polecieć. Sposób przedstawiania mapy świata jest dość kolonialny. Europa zawsze jest w centrum, a dalekie kraje wyspiarskie na Pacyfiku są zbite w całość, jakby były od siebie rzut beretem. O Wyspach Marszala dowiedziałam się od znajomego Amerykanina w Gruzji, bo wcześniej uczył tam angielskiego. Samoa, Tonga, Vanuatu były jak pojęcia ze słownika wyrazów obcych. Nawet na geografii o nich nie było przy omawianiu mapy świata.

W 2012 jeszcze mieszkając w Gruzji aplikowałam o różne prace na całym świecie. Jedna z firm jaką znalazłam oferowała stanowisko na Fidżi. Niedawno jedna z moich czytelniczek przypomniała mi coś co wtedy napisałam: „Fiji (to się czyta „Fidżi”). Musiałam sprawdzić na mapie, gdzie to jest. Ja tam kiedyś pojadę”. Czekałam 6 lat na spełnienie tego planu. I oto jestem na Fidżi. Raju na ziemi. Miejscu, które jako pierwsze widzie wschód Słońca. Pierwszym kraju za linią zmiany daty. Miejscu, o którym nie uczyłam się na lekcji geografii.

Co ja tu w zasadzie robię?

Wyjechałam na drugi koniec świata nie mówiąc w zasadzie, dlaczego. Wrzucam zdjęcia zachodów słońca, lokalnego jedzenia i oceanu. To już trzeci rok, który pracuję podczas organizacji obozów młodzieżowych. Ta sama firma, dla której pracowałam w Chiang Mai w 2015 i Tanzanii w 2016. W 2017 dostałam propozycje Galapagos (szczyt moich marzeń!), ale termin wyjazdu pokrył się dokładnie z egzaminami instruktorskimi… Spokojnie, kiedyś jeszcze na te wyspy trafię.

Przez wiele lat moja praca była bardzo społeczna, związana z pomocą ludziom. Od jakiegoś czasu moje zainteresowania skierowały się bliżej tym, którzy nie mają głosu. Ku oceanom i tym co w nich żyje. Nurkowanie otworzyło mi oczy na świat, którego nie znałam, a od którego bardzo jako ludzie zależymy a nie szanujemy. Nie ważne co robię w życiu, muszę widzieć tego sens i musi się to zgadzać z moimi wartościami. Pracuję przy projektach ochrony rafy koralowej i nabrzeża wysp. W zasadzie nie umiem tego dokładnie wytłumaczyć po polsku. W języku angielskim używa się określenia „marine conservation”. Morska konserwacja raczej tego nie odzwierciedla. Ale o co w zasadzie chodzi.

Siedząc na polskiej kanapie przed telewizorem lub monitorem słyszymy w mediach o globalnym ociepleniu i zmianie klimatu. Wielu z nas uważa, że średnio nas to dotyczy. Niektórzy się cieszą, bo to oznacza cieplejsze zimy, mniejsze rachunki za ogrzewanie, cieplejsze lato nad Bałtykiem. Dla Gabbiego z Fidżi oznacza to, że jego dzieci mogą nie mieć gdzie mieszkać, bo za 20 lat jego kraj przestanie istnieć. Poziom mórz i oceanów podniesie się do tego stopnia, że po Fidżi pozostanie tylko wspomnienie. Gabby zatem, wraz z lokalną organizacją Vinaka Fiji, starają się uchronić lokalne wioski i wyspy od takiego czarnego scenariusza. Gabby będzie kiedyś wodzem swojej wioski, bo na Fidżi ta rola jest dziedziczona a jego ojciec ma się jeszcze całkiem dobrze. Gabby wydaje się przejmować losem swoich ludzi. Mówi, że zaczął studia medyczne wiele lat temu, ale nie czuł powołania. Stwierdził, że inaczej zadba o swoje plemię. Wychował się w oceanie i naturalnym krokiem były studia związane z biologią mórz i ich ochroną. Swoją wiedzę zmienia w czyn.

Prowadzi kilka lokalnych projektów, w których pomagamy:

Zbieramy dane na temat gatunków ryb i innych organizmów morskich żyjących w lokalnych wodach. Na ich podstawie można stwierdzić, czy rafa jest zdrowa, czy jest za duży połów ryb, czy jest za dużo alg.

Sadzimy mangrowce. To rodzaj drzew, które chronią linię brzegową przed erozją i jej skracaniem. W naszej wiosce kilka lat temu brzeg był kilka/kilkanaście metrów od chaty wodza. Obecnie jest na granicy. Wyspa się zmniejsza. Jak tak dalej pójdzie to całkowicie zniknie. Dla niektórych regionów Tajlandii wycinanie mangrowców źle się skończyło, bo chronią one też wybrzeże przed tsunami.

Budujemy kamienne falochrony, które mają chronić wybrzeże przed wypłukiwaniem piasku, tak aby prądy nie przenosiły go i aby morze nie wchodziło w głąb lądu.

Kleimy koralowe ciasteczka. Tak jak sadzi się drzewa w szkółkach leśnych, w podobny sposób można sadzić rafę koralową. Ciasteczka koralowe to jak małe doniczki, w których rozwija się taki kawałek koralowca. Typ, którego używamy potrzebuje około 5 miesięcy, aby urosnąć do rozmiarów, które pozwalają na jego przesadzenie. Ciasteczka z zasadzonym koralem przyczepia się do metalowego stelaża, który montuje się do specjalnego stołu. Na koniec stół się zatapia. Wystarczająco głęboko, aby przy odpływie łodzie nie uszkodziły rosnącego koralowca. Po 5 miesiącach ciasteczka przesadza się, w miejscach w których chce się „wybudować” nową rafę lub przedłużyć istniejącą. Nie są to miejsca wzięte znikąd. Koral może się nie przyjąć w niektórych miejscach. Gabby jako ten znający rafę najlepiej, ostatecznie zdecyduje, gdzie zaszczepić nową rafę. Ważne jest, aby jej usytuowanie chroniło wybrzeże i było barierą.

Budujemy rybie domki. To trochę powiązane z sadzeniem rafy. Chodzi o to, aby dać schronienie rybom na obszarach, gdzie go nie mają. Domki buduje się z martwych kawałków rafy sklejonych cementem. Tak małe domki później się zatapia. W niektórych mieszkają już małe rybki.

Sprzątamy rafę koralową. Nie ze śmieci porzuconych przez turystów. Tych na szczęście jest niewiele w tej okolicy. Wycinamy korony cierniowe. To rodzaj rozgwiazdy, który niektórzy mogą pamiętać z Morza Czerwonego lub Azji Południowo-Wschodniej. Gatunek żarłocznego i drapieżnego szkarłupnia. Wygląda jak wieloramienna fioletowo-niebieska rozgwiazda z kolcami i zjada rafę koralową. Jest niebezpieczna dla ludzi, ale przypadki śmiertelne zdarzają się bardzo rzadko. Naturalnym zagrożeniem dla korony cierniowej jest pewien rodzaj ślimaka (pl. Trąba Trytona, eng. Giant Triton), który jednak potrzebuje dużych muszli, aby się w nich schować. Muszle te można podziwiać w sklepach z pamiątkami i domowych pólkach, bo nie ma ich już naturalnie występujących w morzach. Stąd rozgwiazdy mnożą się w zastraszającym tempie.

Wysoka cena

Gabby mawia, że ludzka natura jest taka, że zawsze chcemy więcej. Nie wystarczy nam to co mamy. Tak też było z lokalna wioską, która utrzymywała się z połowu ryb. Chciwość spowodowała, że wszystkie lokalne łowiska zostały spustoszone. Rybacy muszą wypływać dużo dalej, a połów pokrywa tylko koszt paliwa. Płacą wysoką cenę za nonszalancje. Zorientowali się, że długo tak nie pociągną i zaczęli coś w tym kierunku robić.

Gdy rząd ustalał granice terenów chronionych, mało kto się tym przejmował. Nie ma tu straży nabrzeżnej, która patrolowałaby wyznaczone tereny. Nikt nie respektował zakazu połowu. Zatem z pomocą Gabbiego w okolicy został stworzony lokalnie zarządzany teren ochronny, za który ma odpowiadać i zarządzać pobliska wioska. Ponad to wytłumaczono im, które ryby i kiedy mają tarło oraz od jakich rozmiarów można wyławiać ryby. Taka samorządność w skali mikro na Fidżi.

Co z Ciebie wyrośnie?

Część z tych pomysłów przyjęło się w innych wioskach i wyspach, w innych nie. Niektóre z nich są innowacyjne, na próbę, aby sprawdzić, czy się uda czy nie, bo inne sprawdzone metody były nieskuteczne. Nie wparowaliśmy również do tej wioski w buciorach z misją uratowania lokalnych mieszkańców. Konsultacje z mieszkańcami naszej wioski trwały kilka tygodni zanim tu przyjechaliśmy. Ponad to we wszystkich działaniach uczestniczy też część mieszkańców. Tak aby był to wspólny wysiłek i aby mogli oni później sami kontynuować ten projekt i dbać o swój kawałek morza. Zanim włożyliśmy ręce w cokolwiek i założyliśmy płetwy, przeszliśmy szkolenie z każdego z tych zagadnień, abyśmy rozumieli, dlaczego w ogóle to robimy i jaki ma to przynieść rezultat.

Gabby nie jest jedynym człowiekiem, który prowadzi takie projekty. Na świecie jest ich więcej, tylko o nich nie słychać. To lokalni bohaterowie, nie szukający poklasku, których peleryny są niewidoczne.

Nie trzeba wyjeżdżać na drugi koniec świata, aby chronić rafę koralową. Jest wiele innych sposobów, do wykonania nawet w zaciszu naszego domu. Ale to materiał na inny post.

Dlaczego wyjeżdżam z Fidżi?

Powyższą cześć postu napisałam jeszcze będąc na Fidżi. Próbowałam odzyskać zdjęcia, które robiłam podczas całego pobytu na Fidżi. Mój telefon został skradziony na kilka dni przed moim wyjazdem a karta SD z aparatu przestała działać. Udało mi się odzyskać jedynie mały procent z nich.

Gdy opublikowałam ostatnie zdjęcie z Fidżi na Instagramie z wiadomością, że wyjeżdżam, wielu z Was pytało:” dlaczego”. Część z nich brzmiało jakby to była jakaś tragedia, część bardzo się przejęła. To było nawet bardzo miłe. Cóż, życie się czasem tak układa, że nie wszystko co sobie zaplanujemy się udaje. Miałam 2 kontrakty w dwóch różnych organizacjach. Na kilka dni przed moim wyjazdem na drugi koniec świata, okazało się, że ta druga organizacja potrzebowała mnie wcześniej niż myśleli. Instruktor, którego miałam zastąpić zrezygnowała dużo wcześniej, gdy ja jeszcze byłam związana pierwszym kontraktem. Szukałam pracy w innych centrach nurkowych i na całym świecie. Okazało się, że wody Oceanu Indyjskiego wzywają mnie na Malediwy. Przyjęłam wyzwanie, kupiłam bilet, spakowałam się, poleciałam do 45-tego kraju, w którym byłam. A to co to zastałam będzie materiałem na kilka następnych postów. Stay tuned!

 

 

You Might Also Like

10 komentarzy

  • Reply kraszynka 12 września 2018 at 10:36

    Po prostu WOW! Jesteś niesamowita! Zajmujesz się sprawami, o których wiele osób nawet nie ma pojęcia. Jestem wdzięczna, że dzielisz się tym też tutaj. Jesteś moją inspiracją do działania 🙂

    • Reply life in 20 kg 13 września 2018 at 05:40

      Dziękuje bardzo za miłe słowa. Postawiłam sobie jako cel uświadamianie moich czytelników właśnie na takie tematy. Widzę, że spotykają się one z wielkim zainteresowaniem zatem jest to dla mnie znak, że robię dobrą robotę i tak będę kontynuować.

  • Reply Jasiek - Popstrykane Podróże 14 września 2018 at 07:59

    O jesooo! Jakie widoki! Przepięknie. Fiji <3

    • Reply life in 20 kg 16 września 2018 at 16:25

      Fidżi to było pierwsze miejsce, które bez wątpienia mogłam nazwać rajem na ziemi. Jest absolutnie przepiękne 🙂

  • Reply Agnieszka 15 września 2018 at 13:24

    Podoba mi się szerzenie takich informacji wśród ludzi. Jak najwięcej powinno osób powinno dbać o nasze środowisko, a wtedy nie trzeba by było wkładać aż tyle wysiłku w jej naprawianie. W dodatku jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, że za jakiś czas moje miasto miałoby zniknąć pod wodą. Myślę, że nie jest łatwo żyć z taką świadomością.

    • Reply life in 20 kg 16 września 2018 at 16:28

      Jedną z najstarszych prawd, jest to, że zawsze lepiej i taniej jest zapobiegać niż leczyć skutki. Dotyczy to chorób jak i ochrony środowiska. Mam nadzieję, że uda mi się zainspirować ludzi do działania, nawet na swoim „podwórku”. Zawsze można coś zrobić aby ratować środowisko.
      Obecnie jestem na Malediwach. Naukowcy nie daję zbyt dużo szan temu wyspiarskiemu krajowi. On też może za kilka dekad przestać istnieć.

  • Reply KasiaN 16 września 2018 at 18:43

    Wow. Niesamowite i wzruszające zarazem. Otworzyło trochę oczy na problemy tego świata.

    • Reply life in 20 kg 19 września 2018 at 10:00

      Dziękuje. Tego świata jako ogółu ale tez tego najbliższego nam. Na naszym podwórku tez możemy pomagać i chronić nasza planetę

  • Reply Marta 19 września 2018 at 08:35

    Każdy powinien zająć się porządkiem we własnym „ogródku”. Ludziom wydaje się, że ratowanie świata oznacza wielkie akcje wymagające milionów dolarów i dziesiątek tysięcy ludzi… Prawda jest taka, że każdy z nas segregując odpady i wyrzucając je tam, gdzie powinien naszą planetę ratuje. Bardzo podobała mi się ostatnia akcja by będąc nad Bałtykiem wyrzucić 5 znalezionych na plaży śmieci- niby nic, ale kilkaset osób może w ten sposób pięknie uporządkować plaże.
    Odnośnie świata podwodnego- fascynujący!

    • Reply life in 20 kg 19 września 2018 at 10:02

      Dokładnie! Nie trzeba wyjeżdżać aby zrobić porządek. Bałtyk, jeziora, nasze plaże, wszystko wola o pomoc. O akcji z 5 śmieciami czytałam i bardzo mi się spodobała. Każdy gest jest ważny i potrafi wiele zmienić jeśli zrobi go wystarczająco dużo osób.

    Leave a Reply