No pasa nada! Nic się nie dzieje. Kobiece oblicze Meksyku, Beata Kowalik [recenzja książki]

Martyna SKura

Wulkan energii! Z wykształcenia inżynier, z zawodu menadżerka, z przypadku nauczycielka angielskiego, z zamiłowania podróżniczka i instruktorka nurkowania. Przygoda, outdoor, to moje grupie imię.

Książka "Podróże na własnej skórze" Martyna Skura

Moja książka

"Podróże na własnej skórze"

Podziel się!

Do tej pory myślałam, że przez prawie półtora roku mieszkałam w Meksyku. Po przeczytaniu „No pasa nada! Nic się nie dzieje. Kobiece oblicze Meksyku” Beaty Kowalik, zrozumiałam, że wcale nie mieszkałam w Meksyku. Jedynie w wychuchanym, wydmuchanym, otoczonym niewidzialnym kloszem półwyspie Jukatańskim, przeznaczonym dla turystów, w których nawet lokalni mieszkańcy nie są lokalni, a mającym niewiele z ducha meksykańskiego.

Kolorowy Meksyk, przyozdobiony ponczo, sombrero i czaszkami, które znamy z okładek katalogów biur podróży, to kraj, w którym kobietę ma się za nic, a szanuje jedynie Matkę Boską z Guadelupe. Kraj, w którym językiem urzędowym (hiszpańskim) posługuje się językiem hiszpańskim. Dziewczęta i kobiety mieszkające na prowincji walczą o przetrwanie każdego dnia, robiąc tortille, a edukacja i nauka języka schodzi na najdalszy plan. Dziewczyny wydawane są za mąż w wieku, gdy nie wszystkie przeszły przez pierwsza miesiączkę. Rodzina cieszy się, jeśli dostanie za nie zwierzę. Czasami jest to worek fasoli. Wyłania się obraz kraju do szpiku kości przesiąkniętego maczyzmem i biznesem narkotykowym.

Ogromny podziw budzi we mnie jakość materiału zebranego przez panią Beatę. Dotarła ona do szamanek, uzdrowicielek, emigrantek, aktywistek, zwyczajnych kobiet, Indianek, ofiar przemocy domowej, handlu ludźmi i pracujących w seksbiznesie.

Nie można zapomnieć o spirytualnym obliczu Meksyku, pierwotnych, indiańskich wierzeniach, które przeplatają się z chrześcijaństwem i obrazkami i figurkami Matki Boskiej w każdym domu. Jak głęboko sięga wiara w duchy, uroki, magiczne działanie roślin i grzybów.

Nie przeczytałam książki jednym tchem. Nie dałam rady, nie dlatego, że treść mnie nużyła, ale dlatego, że była tak przerażająca. Rzeczywistość kobiet, ich codzienne oblicze, strach, męki, zmagania z każdym aspektem życia łamały mi serce. Widziałam przed oczami wszystkie Meksykanki, które poznałam: sąsiadkę Juanitę, moją kosmetyczkę, sprzedawczynię w ulubionym sklepiku, kelnerkę w barze, do którego chodziłam regularnie, koleżankę z pracy, sprzątaczkę, w centrum nurkowym. A później nadszedł obraz maczyzmu meksykańskiego z twarzą szowinistycznych kapitanów łodzi, którzy jak jeden mąż mieli kobiety za nic. Przypomniał mi się kolega z pracy, który do rozpuku śmiał się z szowinistycznych dowcipów, które nikogo nie bawiły po za nim. Jednak to nic w porównaniu z tym co przechodzą Meksykanki z dala od Cancun.

Bardzo żałuję, że ta książka nie ukazała się w 2017, gdy wyprowadzałam się do Playa del Carmen. Na pewno zmieniłaby moje postrzeganie tego kraju i przede wszystkim kobiet tam żyjących. Uważam, że absolutnie każdy, kto wybiera się do Meksyku, musi przeczytać tę książkę. Książka również spodoba się osobom zainteresowanym problemami społecznymi i sytuacją kobiet na świecie. Otwiera oczy!

Poczytaj więcej ciekawych postów!

Napisz do mnie