20 stycznia minął dokładnie rok od mojej przeprowadzki do Playa del Carmen. Mamy początek czerwca. W ciągu tego prawie 1,5 roku na blogu pojawił się 1 post. Słownie JEDEN post. Już dawno temu zapadłam się pod ziemie ze wstydu. Według mojego moralnego GPSu jestem gdzieś przy jądrze ziemi wraz z moim wstydem.
Wracając z Meksyku zagadała mnie w Brukseli Julia (Polka prowadząca hostel w Meksyku), zapytala czy jestem z Polski i prowadze bloga podróżniczego. “No prowadziłam…”. Jedna z Was zapytała mnie na Instagramie czy blog bedzie reaktywowany…
Jak w jednym poście wyjaśnić jak wyglądało moje życie w Meksyku? Dlaczego przez tak długi czas niczego nie napisałam? Mogę znaleźć wiele powodów, ale czy są wiarygodne i czy był jakiś jeden główny? Liste podstawowych wymówek prezentuję poniżej.
Party Queen by 10 pm in bed
Pracowałam 6 dni w tygodniu. Wstawałam o 6 rano. Zbiórka o 7 i transport do hotelu, w którym pracowaliśmy. Śniadanie od 7.30 do 8. Później się przebrać, przygotować do pracy i o 8.30 pojawiali się klienci. Na lunch w najlepszym wypadku mieliśmy 1 godzinę. Liczyło się to od momentu wyjścia z basenu/łodzi, bieg do szatni, przebranie się z pianki w uniform, marsz do stołówki zajmujący ok 10 min, wciągnięcie jak odkurzacz lunchu, marsz do centrum nurkowego, przebranie się w piankę i gotowi na przyjście kolejnych klientów i nurkowanie. Teoretyczny koniec pracy o 17:00 i transport do domu o 17:30, ale chyba 5 razy w ciągu całego roku udało nam się skończyć o tym czasie. Na ogół była to 18:00 a w szczycie sezony raczej 19:00 lub nawet później. Po pracy na piwo i kolacje i do domu. Rzadko w odwrotnej kolejności, bo po ciepłym prysznicu w domu żadna siła by mnie z mojego mieszkania nie wyciągnęła. Zawsze powtarzałam znajomym “I’m a party queen, by 10 pm in bed”. Po pracy po prostu padałam na twarz. Przez pierwszy miesiąc najpóźniej poszłam spać o 21. Ze współlokatorką prowadziłyśmy kalendarzyk wieczornych wyjść. Plan był taki, że 2 razy w tygodniu wyjdziemy gdzieś po pracy. Na początku było ciężko trzymać się nawet tego. Z czasem można trochę tę granicę przesunąć, ale nasze ciało w końcu powie STOP!
Czy w tym trybie życia widać gdzieś czas na zasiadanie do laptopa i pisanie bloga?

Gdy nie ma pola
Przez pierwsze 8 miesięcy w moim mieszkaniu nie miałam Internetu. Kontakt ze światem zewnętrznym miałam tylko przez telefon. Po całym dniu pracy, padnięta, wracałam do domu, zjeść, prysznic i jest już po 20. Kawiarnia z szybkim wifi po 20:00 nie była po drodze.
Sen
Przez cały pobyt w Meksyku miałam jeden dzień wolny. Na ogół ten sam co tydzień, ale nie zawsze. Były tygodnie, że pracowałam 10 dni ciurkiem. Baza musi pracować cały czas, każdy z nas dostawał inny dzień wolny tak, aby baza miała obsługę cały tydzień, przez cały rok. W Boże Narodzenie musieliśmy być w pracy o 7.30 rano. Zatem dzień wolny był prawie zawsze samotny, bo wszyscy inni pracowali. Najczęściej odsypialiśmy cały tydzień pracy, zakupy, pranie, telefony do domu i rodziny, bo tylko w dzień wolny można było zgrać różnice czasowe. Mając tylko jeden dzień wolny daleko nie zajedziesz, bo liczba atrakcji i miejsc do odwiedzenia jest ograniczona.

Kuba i trzęsienie ziemi
Podczas mojego visa run na Kubę w czerwcu, strażnik na granicy zalał mi laptopa. Tak mocno zgniótł plecak, że butelka z płynem pękła i zalała komputer. Możecie sobie wyobrazić, że księgą skarg i zażaleń w tym kraju nie istnieje i nie ma szans na zwrot kosztów. Naprawienie laptopa w Meksyku zajęło 5 miesięcy. W międzyczasie firma, która miała dostarczyć matrycę została zmieciona z powierzchni ziemi, bo w Mexico City było trzęsienie ziemi. Jakieś jeszcze dowody Prawa Murphiego? 😉
Kardiologia
Nie piszę tu dużo o swoim życiu uczuciowym. Podczas 1,5 roku w Meksyku złamano mi serce 2 razy. Ten drugi spektakularnie… Pamiętacie jak to jest jak się ma złamane serce? Na pewno nie chce się być samemu, w 4 ścianach, bo myśli nas nie opuszczają. Skupienie podczas tworzenia i pisania jest bliskie zeru. A laptop nie jest wodoodporny i może przyjąć tylko pewną ilość spadających na niego łez. Każda z nas wie, że na zaleczenie tych problemów kardiologicznych potrzeba czasu. Stąd wzięły się te liczne szkolenia i kursy, wieczorki filmowe ze znajomymi, przeprowadzka, spędzanie czasu ze znajomymi po pracy. Złamane serce sprzyja karierze…


Top 10 w Playa del Carmen
Po wielu latach prowadzenia bloga znacie mnie już i wiecie, że posty w stylu “Top 10 w Meksyku” to nie moje bajka. Napisałam kilka takich postów, ale nie czułam się z nimi dobrze. Próbuję pisać posty z przesłaniem, głębszą myślą, lekcją którą wyciągnęłam z życia. O tym jakie jest życie w miejscach zwanych “rajem”. Takie posty jednak powstają długo. A im dłużej mieszkam za granicą, tym przemyślenia są dłuższe i wymagają więcej czasu na przeniesienie na papier.

Chciałabym Wam więcej opowiedzieć o moim meksykańskim doświadczeniu. O zmaganiach dnia codziennego mieszkania w raju, o tym jak dużo udało mi się osiągnąć w ciągu tego 1,5 roku i dlaczego nie zdecydowałam się tam zostać. Po tak długim czasie niepisania i po tym wpisie widzę, że muszę odkurzyć swój warsztat pisarski 😉