Zima weryfikuje. Czego nauczyło mnie zimowe szkolenie w lesie

Martyna SKura

Wulkan energii! Z wykształcenia inżynier, z zawodu menadżerka, z przypadku nauczycielka angielskiego, z zamiłowania podróżniczka i instruktorka nurkowania. Przygoda, outdoor, to moje grupie imię.

Książka "Podróże na własnej skórze" Martyna Skura

Moja książka

"Podróże na własnej skórze"

Podziel się!

Z jesiennego szkolenia survivalowego wróciłam z poczuciem, że zrobiłam coś dużego. Byłam z siebie dumna, że dałam radę. Ogarnęłam podstawy, wiem, jak rozpalić ogień, działać mimo stałego dyskomfortu i jakoś się w tym lesie odnaleźć. I to była prawda… tylko że zimowe szkolenie bardzo szybko pokazało mi, że fundamenty to dopiero wstęp.

Tutaj instruktorzy już nie tłumaczyli od zera. Zakładali, że umiem podstawy i idziemy o ten jeden krok dalej. A to „dalej” oznaczało więcej, trudniej i momentami naprawdę wymagająco.

O 7 rano, w ciemnościach na miejscu zbiórki, instruktorzy zabrali nam telefony i zegarki. Dobrze, że znałam ich wcześniej, bo by mi serce w przełyku stanęło, gdyby ktoś oślepiającymi światłami samochodu zaświecił w oczy. Telefon i zegarek, niby drobiazg, niby możemy sobie bez nich poradzić, ale dopada uczucie braku kontroli, które trzeba opanować. Dystans czy czas odmierzaliśmy „na czucie”. I to był pierwszy moment, kiedy poczułam, że okej, zaczyna się poważnie.

Jednym z mocniejszych momentów był marsz z plecakiem (do 12 kg), z mapą i kompasem. Bez telefonu, bez GPSa. I nagle się okazuje, że ta mapa to nie jest tylko teoria z zajęć. Błąd może kosztować metry, kilometry i zmarnowany czas. Lda mnie był to trening przed letnią wyprawą, gdzie będę szła 8-10 dni z ok 15-20 kg na plecach.

W garstce ekipy byłam jedyną kobietą. Nie wiązało się to z żadną taryfą ulgową. I bardzo dobrze, bo w survivalu nikt za Ciebie nic nie zrobi. Szczególnie, że ja na wiele wyjazdów i wypraw jeżdżę sama lub w małej grupie i wiem na co mnie stać, nie mogę polegać tylko na innych.

Już pierwsze zadania pokazały, że poprzeczka jest zawieszona wyżej.

Ogień rozpalaliśmy innymi metodami niż na kursie podstawowym. Wybudowanie szałasu czy ogniska sygnalizacyjnego wymagało dużo więcej pracy niż jesienią.

Woda nie była dostępna w bukłakach, ale trzeba było po nią iść kilka kilometrów marszu przez las, po śniegu i lodzie, do najbliższego zbiornika. A potem filtrowanie jej naturalnymi metodami.

Mieliśmy też w planie budowę jamy śnieżnej i nocleg w niej. I tu trochę ironia, bo połowa stycznia w Górach Izerskich w przeciągu tygodnia zmieniła się z zaśnieżonej krainy, ze śniegiem po pas na wiosnę. Nie zbudowaliśmy w k końcu tej jamy, ale sama teoria wystarczyła, żeby zobaczyć, jaka to jest robota: ile czasu, siły i ludzi to wymaga. To nie jest „kopię dziurę i śpię”, tylko konkretna operacja trwająca godziny!

Mega ciekawe było też to, że każdy na tym szkoleniu już coś umiał. Nie było osób z przypadku. Dzięki temu tempo było zupełnie inne, mniej tłumaczenia, więcej działania. Trochę wymiany doświadczeń i ciekawsze opowieści przy ognisku w nocy.

I powiem szczerze: momentami było ciężko. Zimno, zmęczenie, ciągle spięte barki i całe ciało. Ale gdzieś w tym wszystkim pojawia się takie spokojne „okej, daję radę”. I to jest chyba najlepsze uczucie z całego tego doświadczenia. Dało mi to dużo pewności nie tylko przed letnią wyprawą, ale również na przyszłe ekspedycje i przygody. Taka pewność siebie, że zawsze coś wymyślę, poradzę sobie.

Dla mnie to wszystko było częścią przygotowań do mojej letniej wyprawy, to kolejny świadomy krok i element przygotowań. Bo im dalej chcesz iść, tym bardziej warto wiedzieć, co robisz. Dla własnego bezpieczeństwa. Serio. Wyprawa będzie wymagająca nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. A szkolenie, zarówno jesienne jak i zimowe, pokazały, że to jest wykonalne.

I jeśli się zastanawiasz (szczególnie Wy drogie czytelniczki), czy to coś dla Ciebie, to powiem tak: ja też się zastanawiałam. I nadal nie jestem „survival girl”. Ale uczę się w trakcie. I to wystarczy, żeby zacząć. Nie musisz być „typem survivalowym”, żeby spróbować. Nie musisz mieć siły większej niż inni. Wystarczy decyzja, że chcesz się nauczyć. Reszta przyjdzie po drodze z doświadczeniem, błędami i małymi sukcesami. Survival Expert przygotował również specjalną edycję dla kobiet.

Bo finalnie nie chodzi o to, żeby być najmocniejszą osobą w grupie. Tylko żeby nie odpuścić, kiedy robi się niewygodnie.

Materiał powstał przy współpracy z Survival Expert

Poczytaj więcej ciekawych postów!

Napisz do mnie