Osobiste

Czy nadal jestem superbohaterką? Czyli o tym dlaczego mnie tu nie było.

16 lutego 2016
superbohaterka, life in 20 kg, podróże

Od kilku miesięcy jestem tu mało aktywna. W notatniku i szkicach mam chyba 20 zaległych artykułów, w tym jeszcze z Afryki i Egiptu. Nigdy nie skończyłam postu o tak ważnym dla mnie kroku w życiu jak zrobienie kursu Dive Master. Znacie takie powiedzenie „nic nie dzieje się bez przyczyny”? Tym razem też tak było.

Rozmawiałam ostatnio z bliską mi osobą. Jesteśmy z dwóch różnych światów, jednak rozmowy z nią utwierdzają mnie, że jedziemy na tym samym wózku. Zadziwiające jak z osobą pozornie tak różną można mieć tyle wspólnego. Temat rozmowy zszedł na temat mojego bloga. Od kilku tygodni nawet nie zaglądałam w panel administratora. Trochę się bałam co tam zastanę. Nie dlatego, że nie chciało mi się nic pisać, ale dlatego, że miałam wyrzuty sumienia wobec Was, moich czytelników.

Podczas rozmowy z tą znajomą zasugerowała ona, że może coś wstrzymuje mnie przed pisaniem postów. Następnego dnia rano poszłam biegać. „Pyknęłam” sobie 11 km. Ten bieg był dla mnie pewnym przełomem. Uświadomiłam sobie, że rzeczywiście coś mnie wstrzymuje w tworzeniu mojego bloga. Powiedziałam „A”, więc trzeba powiedzieć „B”. Zatem bez owijania w bawełnę, pisania epopei, tak jak mój inżynierski sposób myślenia nakazuje kilka słów o tym jak mimo wszystko pozostać superbohaterką, gdy chcielibyśmy aby ktoś inny tym razem był za nas superbohaterem.

life in 20 kg, blog podróżniczy,

Opowiedziałam Wam kilka osobistych historii o ciężkiej drodze jaką przeszłam podczas wyrabiania wizy imigracyjnej do USA i o tym jak ją w końcu dostałam. Wiele z Was sugerowało, że powinnam napisać o tym książkę. Śmiałam się z tego, ale ten pomysł gdzieś tam kiełkuje. Jednak książka ta nie będzie miała happy endu. A przynajmniej nie teraz.

W listopadzie wklejono mi do paszportu tak długo wyczekiwaną wizę. I ona nadal tam jest … bez stempla od urzędu imigracyjnego z przejścia granicznego z USA. Mój palec serdeczny jest już pusty a pierścionek zaręczynowy jest w szkatułce. Miało być krótko i treściwie.

Życie różnie się układa. Zawsze uważałam, że to my piszemy swoje historię i to co się w życiu dzieje jest sumą naszych decyzji. Dla innych może być to los, Bóg, przeznaczenie. Tak czy siak ten rozdział w moim życiu został zamknięty. Wierzcie mi, nie jest łatwo podjąć taką decyzję. Od wielu słyszałam, że czas leczy rany, że jestem silna i dam sobie radę. Ale w takich momentach nie myślimy w takich kategoriach. Oświadczyłam nawet, że oficjalnie nienawidzę czasu! Dopiero po jakimś czasie dochodzi do nas, że on rzeczywiście leczy rany i że jesteśmy silni i poradzimy sobie ze wszystkim co los stawia nam na drodze. Bo jak nie my to kto i jak nie teraz to kiedy? Budzimy się każdego ranka i widzimy, że świat się jednak nie skończył, mimo że nam się wydawało że to już koniec. Świat nadal trwa, Ziemia się kręci, Słońce wstaje, ludzie idą do pracy, a my mamy swoje życie.

W ciężkich chwilach trudno jest nam myśleć pozytywnie. Ale gdy ten nieszczęsny czas wyleczy nam już rany, a przynajmniej do tego stopnia, że nie są one otwarte, ale nadal potrzebują plastrów i jeszcze się nie zabliźniły, zdrowy rozsądek przejmuje kontrolę. Jeśli nie możesz czegoś zmienić zmień sposób myślenia o tym. Każde doświadczenie czegoś nas uczy. Tak jak wrzesień nauczył mnie, że da się pokonać swoje słabości, zdać testy z pływania, gdy jeszcze kilak tygodni wcześniej było się pokraczną żabą. Tak osobiste doświadczenia ostatniej jesieni nauczyły mnie, że z każdego doświadczenia można wynieść lekcję.

Ponad to niesamowicie doceniłam moich bliskich, rodzinę i przyjaciół. To prawda, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie, a rodzina zawsze przy nas będzie.

Na pomoc przyszedł również sport. Wróciłam do biegania ponad 7 tygodni temu, bo przypomniałam sobie jak bardzo brakowało mi wysiłku fizycznego, dobrego samopoczucia po treningu i tego czasu tylko dla mnie na przemyślenia i bycie tylko ze sobą. Naprawdę coś w tym jest, że sport to zdrowie i poprawia humor. Naturalne endorfiny. Od ponad 7 tygodni biegam i ćwiczę prawie codziennie. Wróciłam do mojej zdrowiej diety i czuję się znacznie lepiej. Wiosna już puka do okna a w planach kolejne wyjazdy i przeprowadzki.

Widać potrzebowałam tych kilku miesięcy, aby się Wam do tego przyznać. Trochę się obawiałam o tym wszystkim pisać, jednak opowiedzenie Wam o tym co się stało jest dla mnie ostatnim krokiem, aby zamknąć tej ciężki rozdział w moim życiu i ruszyć dalej.

Czy to znaczy, że już nie jestem superbohaterką? Wręcz odwrotnie! Nadal nią jestem! Upadłaś, powstań, popraw koronę i zasuwaj dalej! Sztuka to podnieść się i iść dalej mimo, że może być nam ciężko. Baby steps, żeby się nie potknąć i nie wrócić do punktu wyjścia. Ale da się! Pamiętajcie o tym! Największe góry zdobywa się nie mięśniami ale motywacją i uporem. Tak samo jest z pokonywaniem przeciwności losu. Damy radę jeśli tylko się zaweźmiemy.

You Might Also Like

14 Comments

  • Reply Evi 17 lutego 2016 at 19:44

    Been there, done that. Trzeba sobie dać czas, ale też nie za długo. Życie jest za krótkie. Truizmy? Być może, tylko cholera prawdziwe 🙂 Ściskam Cię :*

    • Reply life in 20 kg 22 lutego 2016 at 14:41

      Czasami to zaskakujące ile osób przeszło przez ciężkie chwile a my nawet o tym nie wiemy. Dowiadujemy się dopiero czasem przez przypadek a czasem gdy sami z czymś się zmagamy.
      Nie ma truizmów. Tak mówią tylko ludzie, którzy nic w życiu nie przeżyli! Dzięki za miłe słowa 🙂

      • Reply Evi Mielczarek 23 lutego 2016 at 14:02

        W moim przypadku tamte ciężkie doświadczenia bezpośrednio przełożyły się na to, kim dzisiaj jestem. Nie poznałabyś mnie 8-9 lat temu 🙂 Od wyglądu zewnętrznego po to co w głowie. Dziś jestem wdzięczna, że tak wtedy dostałam po d*pie, bo strach pomyśleć co ja bym robiła bez podróży 🙂

        • Reply life in 20 kg 23 lutego 2016 at 14:06

          Zatem chyba się cieszyć tylko pozostaje, bo teraz jesteś mega fajna kobieta 🙂

  • Reply Magda 17 lutego 2016 at 20:54

    Martyna, cieszę się, że o tym napisałaś. Czasem tam, Ktoś do góry, los czy jak to nazwać – wie coś lepiej od nas, tylko my potrzebujemy czasu, aby to zrozumieć, zaakceptować, iść nową – jak się okazuje – lepszą dla nas drogą. Biegnij więc w przyszłość, biegnij całym pędem:)).

    • Reply life in 20 kg 22 lutego 2016 at 14:39

      Biegnę cały czas 🙂 może uda mi się dobiec na biegun południowy 😉 dzięki za miłe słowa 🙂

  • Reply Ewa 17 lutego 2016 at 22:10

    ściskam mocno!
    Superbohaterko 🙂
    Myślałam o Tobie i takie domysly po głowie się błąkały…
    jeszcze będzie najlepiej, wiesz? 🙂

    • Reply life in 20 kg 22 lutego 2016 at 14:31

      Musi być lepiej, bo ja końcu zawsze będzie dobrze. A jeśli nie jest to znaczy, że to jeszcze nie koniec 😉

  • Reply Magda 18 lutego 2016 at 09:41

    Sport i dieta serio pomagają 😉 A człowiek z bliznami jest dużo ciekawszy. Nie ma nic ważniejszego od podniesienia się po upadku, życie jest za krótkie, żeby za długo leżeć na ziemi. Tyle miejsc do zobaczenia ! pozdrawiam 🙂

    • Reply life in 20 kg 22 lutego 2016 at 14:30

      Miejsc do zobaczenie przybywa w tempie lawinowym na mojej liście 😉 jest takie powiedzenie, że nie ma ludzi silnych i ciekawych z łatwa przeszłością. Nie zabraknie mi na pewno historii ślą wnuków. O ile będę je mieć 😉

  • Reply Travelling Milady 18 lutego 2016 at 10:58

    Zrobiłaś mi się po tym poście bardzo bliska. U mnie właśnie sport leczy to co zepsuje los. Oby tylko starczyło sił. Obecnie opłakuję coś dla mnie ważnego, więc ćwiczę i biegam na potęgę. I jest lepiej. Czas leczy rany, potem rzeczywiście jest się silniejszą, tylko szkoda, że to potem tak długo nie nadchodzi. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Głowa do góry i wypatruj szczęścia w sobie:)

    • Reply life in 20 kg 22 lutego 2016 at 14:29

      Dziękuję za miłe słowa 🙂 zapomniałam jaki sport może być fajny i jak poprawia humor. Ostatnio byłam na ściance i nurkowaniu zatem znów poziom energii +100 🙂 życzę sukcesów nie tylko tych sportowych 🙂

  • Reply W. 19 lutego 2016 at 13:39

    wszystko dzieję się po COŚ. Twoja droga jest inna, najwidoczniej.
    Wylewałam łzy za każdym moim narzeczonym lub „prawie narzeczonym”. Przeżyłam również tragiczną śmierć osoby, w której bardzo się kochałam.
    Ale …w tym roku mija 10 lat jak jestem z Miłością mojego życia.
    Jeśli masz zdrowie i oddaną rodzinę to tak naprawdę masz wszystko.

    A teraz nie odwracaj się za siebie, pędź spełniać marzenia. Rób dalej coś z dive masterem. Szkoda czasu, bo mamy go coraz mniej. Stagnacja działa na naszą niekorzyść.

    • Reply life in 20 kg 22 lutego 2016 at 14:27

      To prawda, że zdrowie jest najważniejsze. Ostatnio też tego doświadczyłam, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło 🙂 pędzę ku marzeniom i obecnie temu największemu czyli rejsowi na biegun południowy!

    Leave a Reply