Meksyk

Meksykański sen, czyli o mojej emigracji do kraju tequilli i taco

15 kwietnia 2017
Meksyk, Riviera Maya, Playa del Carmen,

Minęły ponad 2 miesiące od kiedy nazywam Meksyk nowym domem. Brzmi trochę surrealistycznie, ale to prawda. Mimo, że tyle już podróżuję i w wielu miejscach mieszkałam, nigdy nie myślałam, że rzeczywiście tu zamieszkam.

Odpowiadam ludziom, że jestem tu niedługo 2, 3 tygodnie, 1 miesiąc a ostatnio jest to 2 miesiąca. Dziwne jak ten czas szybko leci. Mam wrażenie, że porządnie się jeszcze nie rozpakowałam. Tok życia tutaj jest bardzo intensywny.

Pamiętam, że gdy pierwszy raz wyprowadziłam się z Polski i trafiłam do Gruzji zajęło 2 miesiące, aby dotarło do mnie, że ja się tam przeprowadziłam a nie tylko odwiedzam. Pamiętam bardzo dobrze ten dzień. Kupiłam słodycze do biura, aby uczcić to z koleżankami z pracy. Wzięłam się porządnie za naukę gruzińskiego, a wieczorem spotkałam się z mała grupą moich znajomych, aby uczcić to przy pizzy. Już w Chinach tak nie miałam, ale tam nie przeprowadzałam się sama. A przenoszenie się do Tajlandii poszło tak szybko, że już nawet nie pamiętam jak się wtedy czułam. Po za tym, że nie mogłam się przystosować do upałów na początku.

Tym razem było trochę inaczej. W Polsce miałam tylko kilka dni po powrocie z Bali, aby się przygotować do wyjazdu. Szybka wizyta u lekarza, małe grono przyjaciół i znajomych, oczywiście rodzina. Wcisnęłam jeszcze nurkowanie podlodowe. Nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z tej okazji 😉

Nie miałam większych problemów ze spakowaniem 20 kilogramowego plecaka. Ok, przyznam się miałam trochę nadbagażu w podręcznym. Ważył jakieś 12 kg…

Chyba nie do końca miałam czas się stresować nowym miejscem, nowymi wyzwaniami, nowymi ludźmi i pracą.

Taki widok mam codziennie w pracy

Taki widok mam codziennie w pracy

Co ja tu w zasadzie robię

Nurkuję. To przede wszystkim. W nurkowaniu odnalazłam pasję. To coś tak niesamowitego, że dopóki się tego nie spróbuje trudno sobie to wyobrazić. Poczucie nieważkości, kontroli własnego ciała pod wodą, odkrywania tego co ocean w sobie skrywa za dnia i w nocy jest czymś nierealnym. Możliwość przekazywania wiedzy i pokazywania tego innym ludziom jest niesamowite. Nauczania czegokolwiek jest fantastyczne. Gdy widzi się w oczach tej drugiej osoby ich radość, że w końcu czegoś się nauczyli, zrozumieli i zrobili to poprawnie. Bezcenne!

nurkowanie w Meksyku, Meksyk, Playa del Carmen, Riviera Maya

Jestem na półrocznym stażu instruktorskim w dużym centrum nurkowym. Przez pół roku pracuję za darmo. W zamian otrzymuję: codzienne nurkowanie, szkolenie, kurs instruktorski, opłaty za egzaminy i certyfikaty instruktorskie, wynajem sprzętu nurkowego, zakwaterowanie, prawie całkowite wyżywienie (po za kolacjami).

Nie oszukujmy się: nurkowanie nie jest tanim sportem. Podstawowy kurs PADI Open Water Diver w Polsce lub w Azji to koszt rzędu 1.000-1.500 zł (w przybliżeniu, oczywiści widełki są ruchome) za 3 dni kursu. Wyższe poziomy (Advanced Open Water i Rescue Diver) to podobne koszty. Dive Master zaczyna się od ok 3.000-4.000 zł (ceny z Azji). Do tego dochodzi sprzęt kolejne kilka tysięcy złotych jeśli jest nowy, czasem można dostać używany. Jeśli nie chcemy nurkować tylko w Polskich jeziorach lub Bałtyku dochodzą do tego koszty wyjazdów, opłat za dodatkowy bagaż (sprzęt sportowy). Ponad to ubezpieczenie od sportów ekstremalnych. I to nie koniec listy. Kurs trwa na ogół 2-3 tygodnie. Doliczmy koszty pobytu, biletu lotniczego. Robi się spora kwota. Bardzo oddalona od budżetu, którym ja dysponuje.

Jednak nie budżet był dla mnie decydujący. Ważniejsze było doświadczenie. Jako Dive Master mogę brać pod wodę certyfikowanych nurków i asystować instruktorowi podczas szkoleń. Nie mogę jednak uczyć niezależnie. Certyfikowaniu nurkowie to wszyscy ci między 5 a tysiącem nurkowań. To ludzie, którzy kilka lat w ogóle nie nurkowali, albo nie czują się jeszcze pewnie pod wodą. Po ukończeniu mojego kursu Dive Master w Egipcie w zasadzie nie pracowałam w tym zawodzie. Miałam już ponad 100 nurkowań, więc teoretycznie mogłabym pójść na kurs instruktorski i po kilku tygodniach być instruktorem. Nie wyobrażałam sobie jednak, że będę uczyć ludzi, którzy nigdy nie byli pod wodą, jeśli nie mam pewności i swobody w braniu pod wodę ludzi, którzy już ukończyli przynajmniej podstawowy kurs. Pod wodą wiele może się zdarzyć, wliczając w to panikę nurków, problemy z utrzymaniem się na jednym poziomie, trudności z zejściem w dół, lub zbyt szybkie wypłynięcie na powierzchnię. Jako przewodnik jestem odpowiedzialna za taką grupę. Odpowiedzialność instruktora jest dużo większa. Dlatego zdecydowałam, że najpierw muszę zdobyć doświadczenie na obecnym poziomie kwalifikacji a dopiero później zostać instruktorem. Między Maltą a Wietnamem wybrałam Meksyk. Nigdy tu nie byłam, nurkowanie jest super, może w końcu nauczę się hiszpańskiego.

Pracy jest po beret. Zaczynam o 7 nad ranem zbiórką i 25 minutową drogą do pracy. Kończę o 17.30 najszybciej i po 18 jestem w domu.

Pracuję w dużym centrum nurkowym w mega dużym resorcie. Cała posiadłość mieści w sobie 3 mniejsze kurorty. W sumie jest 5.000 pokoi! Do tego 3.000 pracowników i obsługi. Ośrodek ma swoją własną wewnętrzną policję, osiedla mieszkaniowe, bar i klub dla pracowników. Gigant! To jak małe miasto.

W centrum nurkowym mamy przekrój narodowości: kilkoro Meksykanów i Meksykanek, Hiszpan i Hiszpanka, 2 Włochów, 1 Amerykanin, Francuzka i 2 Francuzów, Brytyjka i Brytyjczyk, Irlandka, Kolumbijczyk, Argentynka, Szwedka, ja jedyna Polka. Do tego obsługa techniczna: marynarze, kapitanowie, mechanicy itp. Tworzymy mała dysfunkcyjną, wielojęzykową rodzinę.

Codziennie rano wszyscy czekamy co pojawi się na tej tablicy

Codziennie rano wszyscy czekamy co pojawi się na tej tablicy

Śniadanie mistrzów codziennie o 8 rano w raju

Śniadanie mistrzów codziennie o 8 rano w raju

IMG_7051

W przerwie między nurkowaniami

Gdy opuszcza nas zdrowy rozsądek i dopada czarny humor....

Gdy jest sztorm i port zamknięty przez kilka dni, opuszcza nas zdrowy rozsądek i dopada czarny humor….

IMG_7111

Od nadmiaru basenu i chloru ponoć głowa nie boli…ponoć…

IMG_7110-2

Na bark słońca, uśmiechu i dobrego humoru nie możemy narzekać.

Kilka słów o moim Meksyku

Mieszkam w mieście, które w nazwie ma słowo plaża. To już bardzo dobry początek. Wychowałam się w Trójmieście i morze zawsze było dla mnie ważne. To tu odnajduje spokój. Nie zawsze nurkowałam. Były czasy, gdy bardzo bałam się wody i byłam kiepską pływaczką. Tamte dni już minęły. Jestem w swoim żywiole. Playa del Carmen to bardzo turystyczne miejsce na półwyspie Jukatan, godzinę drogi od najbliższego lotniska w Cancun. Najpopularniejsza ulica/deptak 5th Avenue bardzo przypomina mi sopocki Monciak. Tłumy ludzi, turystów, barów, restauracji, sprzedawców oferujących pamiątki, ubrania, wycieczki i tequile. Zapachy tacos, cygar, czasem sziszy, otaczają Cię cały czas podczas spaceru. Muzyka mariaczi, ulicznych artystów, przebija się przez muzykę dochodzącą z klubów. Szum oceanu słychać dopiero na plaży. Przy głównym wejściu zawsze przywitają Cię występy Indian. Playa nie ma budynków wyższych niż 3-4 piętra.

Moje życie w Meksyku

Wracając po 10 godzinach ciężkiej pracy do domu na ogół padam na twarz. Jeśli wychodzę wieczorami to nigdy na długo. „Party Queen” w piżamie o 22:00 i spać. Na początku pobytu tutaj wracałam prosto do domu i szłam spać. Teraz nawet wychodzę wieczorami całkiem często. Co prawda kończy się na jakiś tacos za 1 dolara i jednym piwie. Zatem nocnego życia w Meksyku jeszcze nie zasmakowałam. W jedyny dzień wolny w tygodniu albo nurkuję, zwiedzam okolice albo odsypiam. Dziś jest dzień nadrabiania zaległości blogowych. Tyle czasu minęło, na liście postów jest conajmniej 10 nowych tematów.

Przy takim trybie życia trudno jest mieć życie prywatne. Budowanie przyjaźni zajmuje długi czas, którego my tutaj nie mamy. Wielu z nas ogranicza się do znajomości z pracy, bo właśnie z tymi ludźmi spędzamy najwięcej czasu. Dwa miesiące minęły a ja na palcach jednej ręki policzę znajomych z poza pracy. Nie jest to jednak rzecz, która spędza mi sen z powiek. Ostatnie lata nauczyłam się żyć ze sobą, cieszyć się sobą i swoja przestrzenią.

Oswajam się też z okolicą. Gdy mieszka się całe życie w jednym miejscu wszystko jest takie naturalne i wiadomo gdzie załatwić wszystkie sprawy lub można je wygooglać. Zaczynając życie w nowym miejscu a w szczególności kraju wszystko co nas otacza jest nowością. Zainstalowanie internetu jest wyzwaniem. Dorobienie kluczy zajmuje dni, bo nie wiesz nawet gdzie szukać klucznika. Zrobienie zdjęcia do dokumentów zajęło mi kilka tygodni, bo gdy już znalazłam czas, aby pójść do fotografa to musiałam go jeszcze znaleźć. Wielkie centra handlowe można wygooglać, ale pana Jose ze swoim stoiskiem na ulicy już nie.

Jednej rzeczy o mnie nie wiecie. Robienie prania mnie przeraża! To dla mnie wielkie wyzwanie. Mam 32 lata a wyjście do pralni to przygoda. Do tej pory, gdy dzieliłam mieszkanie z chłopakiem lub współlokatorką ta druga osoba zawsze robiła pranie. W Azji oddaje się pranie na ulicy. W Meksyku są dwie opcje: albo idzie się do pralni i robi swoje pranie albo oddaje się i odbiera za kilka godzin. Wiem, że brzmi to trywialnie, biorąc pod uwagę moje podróże. Ot takie dziwactwo.

Znalazłam swojego własnego fryzjera geja na mojej ulicy. Jego włosy są we wszystkich kolorach tęczy. Ostatnio były niebiesko-fioletowo-zielone. Mówi bardzo dobrym angielskim i jest obecnie moim lokalnym znajomym. Ilekroć przechodzę obok jego salonu, uśmiecha się do mnie z nad nożyczek.

Nie wiem gdzie jest poczta w moje okolicy i czy w ogóle jest, ale znam wszystkie sklepy papiernicze w okolicy. Kto pamięta post „Małe szczęścia” z Tajlandii i moja miłość do artykułów papierniczo-szkolnych?

W ostatni poście pisałam Wam o tym, że bardzo brakuje mi własnej rutyny. Teraz ją w końcu mam. W moim pokoju wisi grafik motywacyjny, czyli lista rzeczy do zrobienia w ciągu dnia: joga, bieg/ćwiczenia, medytacja, ćwiczenia oddechowe do freedivingu, poszerzanie wiedzy o nurkowaniu i hiszpański. Nie udaje mi się zrobić wszystkich tych rzeczy każdego dnia, ale przynajmniej kilka. Ćwiczenia oddechowe zajmują 5 min rano, więc udaje mi się to wcisnąć w grafik. W autobusie czytam o nurkowaniu. Biegam albo o 5.30 nad ranem i spotykam tylko taksówkarzy lub prostytutki. Hiszpański mam co drugi dzień.

Na początku próbowałam uczyć się hiszpańskiego na własną rękę. Znam jednak siebie i wiem, że na początku potrzebuję pomocy nauczyciela z podstaw języka. Później już jakoś idzie i uczę się sama. Nie skupiałam się ani na chińskim ani na tajskim czy swahili a tym bardziej na indonezyjskim bahasa, gdy mieszkałam w tych krajach. Wiedziałam, że nie będę tam zbyt długo i nie będę ładować tyle pracy na naukę języka, którego po roku nie będę pamiętać. Takie doświadczenie mam z gruzińskim, który umiałam całkiem dobrze a teraz po kilku latach z trudem mogę coś o sobie powiedzieć w tym języku. Jednak hiszpański to zupełnie inna historia. Tego języka chcę się nauczyć. Idealnie byłoby móc uczyć nurkowania po hiszpańsku, ale na razie patrzę na to realistycznie i poziom, które umożliwi mi podróże i rozmowy z ludźmi mnie satysfakcjonuje. Szczerze mówiąc to po za kursem instruktorskim hiszpański to mój najważniejszy osobisty cel na te pól roku.

I tak oto te wszystkie małe rzeczy zebrane do kupy tworzą mój dom, moje życie w Meksyku.

Meksyk jak Gruzja

Są jednak rzeczy, które bardzo przypominają mi tutaj Gruzję. Jak na przykład moje mieszkanie. Początkowo dzieliłam je z 2 dziewczynami: Sietską z Kanady i Emmą z UK. Sietska wróciła do krainy wiecznego śniegu a Emma uciekła. Nigdy nie mieszkała za granicą tak długo i nie do końca zdawała sobie sprawę, z tego, że nie wszędzie są takie same standardy życia jak w UK. A przynajmniej nie za taką ceną jaką płaci firma za nasze mieszkanie. Po za tym coś ją gryzło. Wydawałoby się, że komary. Teoria o pluskwach w łóżku by się sprawdziła, gdyby nie to, że Emma okleiła materac folią oraz że spała w innych łóżkach w tym mieszkaniu, w których ja też spałam. Ona miała pogryzienia a ani ja ani Sietska nie. Dla spokoju ducha zdecydowała się wyprowadzić do własnego mieszkania. Tutaj są 2 pokoje w tym sypialnia, kuchnia, 2 łazienki, ale tylko jedna z prysznicem. Jak dla mnie jest super. Nie miałam zbyt wygórowanych oczekiwań. Cieszę się, że jest bieżącą woda, czasem nawet ciepła, prąd, i oczywiście kuchnia. Do tej pory nie wiem do czego służą liczne włączniki światła w tym mieszkaniu. Właśnie przeszłam się po mieszkaniu i naliczyłam 14. Z tego działających jest 5. Ktoś przychodzi raz w tygodniu i pobieżnie sprząta ten przybytek. Ja oczywiście musiałam je posprzątać po swojemu. Z Domestosem i rękawiczkami w rękach. To nie tylko przejściowe mieszkanie, ale na następne pół roku. Nie mam ani klimatyzacji ani wifi. Chyba, że złapię zasięg z kawiarni na rogu. Po za dziewczynami miałam jeszcze jednego współlokatora. Miał swój własny składzik na miotły. Mieszkał sobie tam i mi nie przeszkadzał ani ja mu głowy nie zawracałam. Niestety kilka dni temu znalazłam go martwego na podłodze w kuchni. Leżał nogami do góry. Mój jedyny karaluch zdechł. Teraz jestem tutaj całkowicie sama.

W budynku jest też basen. Jak się okazało poprzedni stażyści imprezowali tu za bardzo dostali zakaz wstępu na basen. Jedyna sąsiadka jaką znam w tym budynku, Juanita, zaoferowała się, że pożyczy mi swój klucz, abym dorobiła sobie kopię.

Grunt to czuć się jak u siebie w domu. W lodówce zawsze jest jedzenie. Tak jak w Gruzji tak i tutaj mam odliczone 3 łyżki, 2 noże, 4 widelce, 4 filiżanki, 1 kubek, 2 głębokie talerze, 2 płaskie. Za to chyba ze 4 patelnie, garnek, czajnik i deskę do krojenia. Obklejam ściany naklejkami z rybkami, które kupiłam w China Town w Bangkoku (kto pamięta ze snapchata?), zdjęciami. W Gruzji moje ściany obklejone były mapami tego kraju, zdjęciami, pamiątkami, pocztówkami, bay białe ściany nie świeciły pustkami. W Tajlandii wisiały zdjęcia rodziny i przyjaciół.

Tak oto trwa moja meksykańska przygoda, nie wiem jeszcze co ze sobą przyniesie, wiele rzeczy jest tu nieprzewidywalnych, wiele mnie jeszcze zaskakuje a na część już nie zwracam uwagi. Pisze to siedząc w kawiarni nad brzegiem oceanu, czując słoną bryzę na twarzy, pijąc meksykańskie piwo. I mam wrażenie, że to dopiero początek mojej przygody.

No Comments

Leave a Reply