African Road Trip Maroko-Gambia

Przekraczając granicę w Afryce, czyli gdzie kończy się kraj a zaczyna absurd. 

24 maja 2015
IMG_8591

Zabawne, że żyjąc w Europie zapominamy czym są granicę między krajami. Po prostu jedziemy i nie martwimy się kontrolami paszportowymi i cłem. W Afryce to cała ceremonia korupcji, proszenia i czekania na nie wiadomo co.

Podczas African Road Trip przekroczyliśmy wiele granic między krajami, ale też przekroczyliśmy wiele granic absurdu, logiki i własnych ograniczeń.

Maroko – Mauretania

Dotarliśmy pod granicę z Mauretanią nocą. Wiedzieliśmy już, że tego dnia jej nie przekroczymy.

Martyna Skura, lifein20kg, HollyCow, African Road Trip

Nasz surf van w nocy pod granicą z Mauretanią [photo Justyna Gieleta]

Martyna SKura, lifein20kg, African Road Trip, HollyCow

Inne TIRy stojące w kolejce do granicy [photo Justyna Gieleta[

Martyna Skura, lifein20kg, HollyCow, African Road Trip

Nasz 5-gwiazdkowy hotel pod granicą z Mauretanią [photo Justyna Gieleta]

Martyna Skura, lifein20kg, HollyCow, African Road Trip.

Nasz 5-gwiazdkowy hotel pod granicą z Mauretanią [photo Justyna Gieleta]

Przyszło nam spać, praktycznie pod rogatkami granicy. Z jaką temperaturą kojarzy się Wam pustynia? Ciepło, sucho? To była jedna z najzimniejszych nocy jakie pamiętam. Wszyscy marzliśmy. 3 osoby w samochodzie, chłopacy w namiocie i ja sama w drugim namiocie. W nocy bardzo poważnie rozważałam wbicie się do jakiegoś TIRa. Rano obudził mnie Piotrek, bo akurat biegał na około namiotu w ramach rozgrzewki.
Rano pod granicą musieliśmy czekać jeszcze kilka godzin zanim ją otworzą. Zaczęliśmy robić śniadanie. Na początku dziewczyny wpadły an pomysł tostów francuskich. Ja od razu wiedziałam, że to nie najlepszy pomysł. I tak się stało, polegliśmy. Skończyło się na bagietkach, kabanosach i ogórkach konserwowych z Polski.
A wiecie co to jest mobilne śniadanie? To wtedy kiedy akurat otworzą granicę, samochód co chwile podjeżdża coraz bliżej rogatek a śniadanie jest w samochodzie a wy za tym samochodem biegniecie.
Dobiliśmy też z Piotrkiem interesu życia, mianowicie za 2 zł kupiliśmy cały dzbanek herbaty na stacji benzynowej.
Martyna Skura, lifein20kg, HollyCow, African Road Trip

W kolejce na granicy z Mauretanią [photo Justyna Gieleta]

Staliśmy tak kilka godzin, uśmiechaliśmy się jak głupi do sera do każdego strażnika, żeby tylko nas już puścili. W Afryce po za spisywaniem danych za paszportu pytają o zawód. Zatem zaczęły się wywiady:
  • Ania – blogerka modowa – ale jak to? Co to?
  • Marek – samozatrudnienie – ale to co Pan robi?
  • JuGi – Fotografka – a ma Pani pozwolenia i zezwolenia?
  • ja – Nauczycielka – a czego? Angielskiego? O to Pani może nas nauczy angielskiego?
  • Piotrek i Daniel – sprzedawcy (sellery) – rodzina, czy tylko znajomi? ale co Panowie sprzedają?
I tak już z tymi wywiadami było do końca, na każdej granicy i check-pioncie te same pytania.
Przejechaliśmy granicę marokańską. Trafiliśmy na ziemię niczyją między Marokiem z Mauretanią. Dlaczego tyle tu wraków?
W Maroku jest prawo, że nie można sprzedać samochodu z EU starszego nić 5 lat, ale z pochodzącego z Mauretanii już tak. Więc ludzie przyjeżdżają samochodem do Mauretanii, sprzedają je jakimś figurantom i później wjeżdżają do Maroka od strony Mauretańskiej. Te samochody, których nie da się sprzedać kończą swój żywot na ziemi niczyjej. Ponad to tam nie ma prostej drogi do granicy, trzeba jechać na czuja albo za jakimś TIRem lub lokalesem. Wiele samochodów się zakopuje a lokalni tylko na to czekają, bo oczywiście pomogą się wykopać ale np. za 50 euro.
Jednym z najfajniejszych doświadczeń wyjazdu była jazda na dachu naszego samochodu po ziemi niczyjej. Wtedy dopiero widać bezmiar pustyni.
Na granicy z Mauretanią zaczęła się prawdziwa afrykańska korupcja. Pies Elza obwąchał nam dokładnie samochód. W sumie na tej granicy spędziliśmy 17 godzin! Bo nie chcieliśmy zapłacić łapówki. Tu można wszystko po za przyspieszeniem biurokracji. Nie było nawet gdzie pójść, gdzie kupić jedzenia. Chłopacy szli się rozerwać na pole minowe w ramach załatwienia potrzeb fizjologicznych.
Po tylu godzinach na granicy mieliśmy nadzieję na jakieś „wow” w tej Mauretanii. Czego oni tam tak strzegą? „No jak to czego? Żebyśmy im tego gruzu i piachu nie zabrali.” Bezkresu pustyni, piachu, wydm i pól min przeciwpiechotnych.
Martyna Skura, lifein20kg., HollyCow, African Road Trip

Ziemia niczyja między Marokiem a Mauretanią [photo Justyna Gieleta]

Martyna Skura, lifein20kg, African Road Trip, HollyCow

Ziemia niczyja między Marokiem a Mauretanią [photo Justyna Gieleta]

Mauretania – Senegal
Mieliśmy do wyboru: albo jedno z najbardziej skorumpowanych przejść granicznych w Rosso, albo nieoznaczone nigdzie przejście w Diama. Wybraliśmy to drugie. Jeszcze na stacji benzynowej poprosili nas abyśmy naczelnikowi graniczy przewieźli kanister benzyny. Stwierdziliśmy czemu nie, pewnie nam to pomoże w przekroczeniu granicy.
Dojazd tam to 30 km off-roadu, przez groblę pośród bagien, gdzie guźce wybiegają pod koła, wjazd na wydmę przechylał naszego busa o 45 stopni.
Tu też powstał tekst „nie śpię bo trzymam kredens” turystyczny. czyli czarną plastikową skrzynkę ze sprzętem kuchennym. W niej były wszystkie metalowe sztućce, noże i widelce, które mogłyby nas zabić. A na to wszystko taca z 30 jajkami! I uwaga uwaga! Żadno nie ucierpiało. Samochód zmienił się w dom latających sztyletów tzn. jego cała zawartość odbijała się po ścianach, oknach, podłodze, suficie. ubrania, torby, plecaki, jedzenie, były wszędzie. Czasem nie wiedzieliśmy czy mamy się z tego śmiać, czy płakać.
Tam doświadczyliśmy chyba najgorszych godzin naszej podróży. Korupcji i łapówkom nie było końca. Najpierw jakiś mundurowy ograbił nas z 50 euro za przejazd przez park narodowy. Wiedzieliśmy, że to grubymi nićmi szyte, ale nie było wyjścia, koleś ma broń a nam się spieszy. Po drodze było jeszcze ze 3 takich „strażników”, ale już im nie płaciliśmy.
Następnie jeden strażnik (nazwany przez nas generałem) bardzo nie chciał nas puścić. Oznajmił, że będziemy spać pod rogatkami granicy. Rozejrzeliśmy się dookoła, popatrzyliśmy po sobie i stwierdziliśmy „No way”. Sami pośród strażników i ludzi, którzy tylko czaili się na zawartość naszego samochodu. „No way!”. Udało nam się go przekupić generała zepsutym aparatem cyfrowym.
– Daniel, ten Twój aparat działa?
– Nie, zalany jest.
– Oczywiście ten aparat działa, trzeba go tylko naładować.
Po nim było jeszcze 2 strażników przekupionych starymi nokiami i 6 posterunków celnych! Znów pytanie: Czego oni tam tak strzegą?! Udało się, wszyscy święci przekupieni i zadowoleni.
Teraz jeszcze druga granica z Senegalem. Myśleliśmy, że najgorsze za nami…
Jadąc do Afryki przygotowywaliśmy się przez kilka tygodni: pakowanie, sprawdzanie pogody i warunków, planowanie trasy. Jednak nikt z nas nie przewidział bardzo istotnego czynnika wpływającego na organizację krajów i pracy w Afryce. Mianowicie ligi mistrzów! Na liście priorytetów strażników granicznych liga mistrzów była na pierwszym a my na ostatnim miejscu. Była już noc, ciemno, wszyscy zmęczeni, a granica zamknięta. Marek wychodził z siebie, aby wydostać nas z tej granicy. Już nas strażnicy chcieli odsyłać do hotelu i kazali zostawić samochód na granicy i odebrać go rano. Chyba nie mielibyśmy po co wracać. Zawartość samochodu, jak i on sam już dawno byłyby rozebrane. Nie będziemy tu spać! Chłopacy się spięli i przekonali strażników, aby nas puścili. Dostaliśmy 72. godzinną wizę przejazdową z zakazem wjazdu do Dakaru, ale i tak nic sobie z tego nie zrobiliśmy. Najwyżej zapłacimy kolejną łapówkę, ale do Dakaru pojedziemy! Nie po to tyle tysięcy km jechaliśmy, żeby ominąć takie miejsce! A łapówka pozostawiona na granicy? Jedyne 550 euro, a na rachunku 5 euro.
Martyna Skura, lifein20kg, HollyCow, African Road Trip

Ostatnia stacja benzynowa przed granicą z Senegalem [photo Justyna Gieleta]

Martyna Skura, lifein20kg, HollyCow, African Road Trip

Droga przez groble, bagna i off road do granicy z Senegalem [photo Justyna Gieleta]

Martyna Skura, African Road Trip, HollyCow,

Nie śpię, bo trzymam kredens

Martyna Skura, lifein20kg. African Road Trip, HollyCow

Tak wyglądał nasz bagażnik po 30 km off-roadu do granicy z Senegalem [photo Justyna Gieleta]

Martyna Skura, HollyCow, African Road Trip,

Przejście graniczne z Senegalem [photo Justyna Gieleta]

Senegal – Gambia
Znów trzeba przekraczać granicę. W ciągu całego wyjazdu pokonaliśmy ich wiele, nie tylko tych fizycznych między krajami, ale również tych ludzkich, granic wytrzymałości, cierpliwości, odporności. Ta miała być już tą ostatnią przed dotarciem do celu – Gambii. Znów off-road, znów wyboje, dziury, latające ubrania, plecaki, jedzenie w samochodzie, znów nam się spieszy. Poprzednie przejście graniczne było koszmarem, baliśmy się powtórki z rozrywki. A tu nagle zaskoczenie! Wszyscy strażnicy bardzo mili, mówią po angielsku, żartują sobie z nami, wymieniają adresami Facebook’a (do tej pory do nas wydzwaniają). Później już była tylko radość i entuzjazm. Jechaliśmy przed siebie pełni optymizmu, żartowaliśmy, śpiewaliśmy z radości.
Martyna Skura, lifein20kg, HollyCow, African Road Trip

Ludzie na granicy z Gambią [photo Justyna Gieleta]

Gdzie teraz? Jinak – wyspa, gdzie mieliśmy odpocząć po tych dniach spędzonych w samochodzie gdzieś w trasie. Ludzie kierują się w życiu rozumem albo sercem. W tamtej chwili  rozsądek schowaliśmy na samo dno naszych plecaków. Stwierdziliśmy, że skoro daliśmy radę pokonać 5 tysięcy kilometrów, to damy radę dojechać na wyspę po piaszczystych drogach. Tak czuliśmy. Afryka znów dała nam prztyczek w nos: „nie tak prędko!”. W środku nocy zakopaliśmy się całymi kołami w piaszczystą drogę. W środku puszczy, w Gambii, z dala od cywilizacji, ciemno choć oko wykol. Nie po to jechaliśmy tyle kilometrów, żeby znów spać na dziko! Do roboty, team work! Dwie ekspedycje poszły zrobić rekonesans, czy jest w pobliżu jakaś pomoc. Obydwie wróciły z niczym. Łopata do odśnieżania, gałęzie, klucze samochodowe i lewarek w dłoń i odkopujemy samochód. Tarzaliśmy się w tym piachu przez kilka godzin. Z dziewczynami, jako drobniejsze od chłopaków, wchodziłyśmy dosłownie pod samochód i do odgarniałyśmy piach. Mieliśmy jedną jedyną szanse, aby odpalić samochód i wyjechać z tej dziury. Team work nie zawiódł – udało się! Nie jedziemy już na ten Jinak tylko na promTej nocy zdołaliśmy tylko dojechać do portu, gdzie następnego dnia mieliśmy wsiąść na prom. Starczyło nam sił tylko na umycie zębów. Umorusani w pyle i piachu spaliśmy w samochodzie i na pobliskich ławkach.
Martyna SKura, lifein20kg, HollyCow, African Road Trip

W kolejce na prom na rzece Gambii. [photo Justyna Gieleta]

Martyna Skura, lifein20kg. African Road Trip, HollyCow

Na promie nie ma limitu miejsc [photo Justyna Gieleta]

Gambia – Senegal
Sztorm na rzecze Gambia
Nadszedł czas opuszczać Gambię. Spędziliśmy tam ponad 2 tygodnie, poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi, przeżyliśmy wiele radosnych i smutnych chwil. Trzeba się pożegnać. Znów trafiliśmy na przystań, tam, gdzie spaliśmy kilka tygodni temu umorusani w piachu, po nocnej akcji wykopywania samochodu. Najbliższy prom za 2 godziny, ale nasz lokalny znajomy Mohamed powiedział, że są jeszcze łodzie, które transportują ludzi na drugi brzeg rzeki. „Dobra, bierzemy” pomyśleliśmy. Afryka znów dała nam popalić. W łodzi zmieściło się 15 osób i wszystkie nasze bagaże. Nawet dostaliśmy kamizelki ratunkowe. Szczęśliwi, że wyruszamy w kolejny etap podróży, szczerzymy się jak głupi do sera na myśl, że za chwilę będziemy już na drugim brzegu. Wtedy zaczęło silniej wiać, fale rosły, a nam strach zajrzał w oczy. Nie dalej, jak kilka dni wcześniej w wiadomościach mówili, że łódź z uchodźcami zatonęła podczas sztormu. Chyba nikt z nas tak się w życiu nie bał. Marek tylko powiedział: „pamiętajcie, gdybyśmy się wywrócili, to najważniejsze są nasze paszporty!„. Justyna pogodziła się z myślą, że tam zatoniemy. Ania dostała chorobę morską. Ja przypominałam sobie podobną przygodę w drodze na Koh Phi Phi w Tajlandii podczas sztormu w sezonie deszczowym. Wtedy przeżyłam, teraz też dam radę. I udało się! Dopłynęliśmy cali, zdrowi i przemoczeni do suchej nitki na drugi brzeg. Było tak ciemno, że musieliśmy do siebie krzyczeć na plaży, żeby się znaleźć.

W drodze do Dakaru

Po całej przygodzie ze sztormem i nieporozumieniami z Gambijczykami, chcieliśmy już wyjechać z tego kraju. Czuliśmy, że to najwyższy czas. O 23.00 pod promem stwierdziliśmy: Jedziemy do Dakaru”. Tylko jeszcze przekroczyć granicę. Po naszych ostatnich przygodach z granicami nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, ile to może potrwać i ile łapówki znów trzeba będzie dać. A już niewiele ze sobą mieliśmy. To był kolejny raz, kiedy Afryka nas zaskoczyła. Obeszło się bez żadnych problemów. Strażnicy byli bardzo mili i chętnie z nami gawędzili wypisując dokumenty. Już po stronie senegalskiej musieliśmy złapać jakiś transport do Dakaru. W Afryce popularne są większe taksówki, które mogą pomieścić 7 lub 8 osób. O północy w taką wsiedliśmy. Kierunek – Dakar. Po drodze oczywiście nie obeszło się bez dziur, skakania w samochodzie, niezmrużonego oka i nieprzespanej nocy. Dotarliśmy do celu o 4 nad ranem. No i co my teraz zrobimy? Do mieszkania nie mogliśmy się zameldować, bo było za wcześnie, za pół nocy w hotelu też nie chcieliśmy płacić. Byliśmy zmęczeni, a człowiekowi zmęczonemu nie robi różnicy, gdzie śpi. Śpimy tutaj! Rozłożyliśmy śpiwory i położyliśmy się spać na chodniku, na dworcu autobusowym w Dakarze. I tak spędziliśmy noc z Niedzieli Wielkanocnej na Poniedziałek Wielkanocny. Była to jedna z najlepiej przespanych nocy. Obudziliśmy się w tętniącym życiem Dakarze. Byliśmy większym szokiem dla lokalnych podróżnych, niż oni dla nas, nasze białe twarze wychylające się zza śpiworów na chodniku w Dakarze.

I tak w Afryce spaliśmy w willach, mieszkaniach, hostelach, samochodzie, taksówkach, namiotach, pod gołym niebem, na plaży, pod rogatkami granicy i na dworcu.

Martyna Skura, lifein20kg, African Road Trip, HollyCow,

Dworzec w Dakarze był zdecydowanie jednym z najciekawszych meijsc noclegowych. Nie trzeba robić wcześniejszej rezerwacji i płacić zaliczki. [pjoto Justyna Gieleta]

Martyna Skura. lifein20kg. African Road Trip, HollyCow

Jak już nam zwinęli wykładzinę to spałam na bagażach. [photo Justyna Gieleta]

Granice to stan umysłu. Przejścia graniczne nauczyły nas nie tylko cierpliwości, uporu, kombinowania, korumpowania, ale też pokazały jak daleko sięga absurd. Jak nie używać europejskiej logiki. Pokazały tez ile potrafimy znieść, wytrzymać i zaakceptować.

 

 

 

You Might Also Like

6 Comments

  • Reply traveller 26 maja 2015 at 11:12

    Ciekawy artykuł i niezła galeria! 😀

    • Reply life in 20 kg 26 maja 2015 at 11:27

      Dzięki 🙂

  • Reply Maciek 26 maja 2015 at 20:10

    Super się czyta…będzie jeszcze więcej ?
    Ale mimo wszystko dla mnie trochę hardcore, chociaż już nie jedno widziałem 🙂

    • Reply life in 20 kg 26 maja 2015 at 20:16

      Tak!!!

    • Reply life in 20 kg 28 maja 2015 at 23:44

      Bedzie jeszcze kilka wpisów napewno. Wyjazd najblizszy do Gambii 11 czerwca. Sa jeszcze miejsca 😉

  • Reply O tym jak nielegalnie przekraczałam granice i jak pomagała mi w tym lokalna policja – Life in 20 kg 21 grudnia 2016 at 05:52

    […] to dziwne miejsca. W Europie przyzwyczailiśmy się do ich nieobecności. Podczas African Road Trip przekraczaliśmy granice absurdu straży granicznej. Napisałam […]

  • Leave a Reply